Rok temu sześć punktów po dwóch kolejkach kibice Legii przyjęliby z pocałowaniem ręki. Tym razem kompletu oczek oczekiwano. Wyjazd do Trabzonu miał być najtrudniejszą przeprawą dla Legii. Mimo wielkich męczarni „Wojskowym” udało się zabrać trzy oczka do stolicy naszego kraju.
O stylu, w jakim zdobyliśmy te trzy oczka, w przyszłym roku nie będziemy już pamiętać – mówią kibice Legii Warszawa. I mają rację. Triumf nad ekipą z Trabzonu nie przyszedł łatwo. Nikt tego jednak od nich nie oczekiwał. Walka była zacięta jedynie w drugiej połowie, a stołeczna ekipa powinna już do przerwy prowadzić co najmniej 2:0. A fani zapomną, jeśli ekspedycja pod kryptonimem „Liga Europy” zakończy się powodzeniem.
Gra Legii Warszawa w pierwszej połowie nie była najgorsza. Podopieczni Henninga Berga starali się kontrolować grę i w rzeczywistości stwarzali sobie stuprocentowe sytuacje. Strzałem zakończyła się tylko jedna – Michała Kucharczyka, który w ekstremalnie trudnej sytuacji zmieścił piłkę w siatce. Mistrz Polski oddał jedynie trzy strzały, co przy 25 próbach na bramkę Duszana Kuciaka wydaje się liczbą tragiczną. Niestety, wrażenia przemieniły się w rzeczywistość… Dysproporcja w uderzeniach oddanych na bramkę rywali równa się temu, co pokazali „Legioniści” w drugiej odsłonie meczu. Warszawiacy byli zdominowani i nie potrafili kończyć nadarzających się okazji – a było ich niewiele. W dodatku w ich szeregi wdał się niepotrzebny chaos. Zmęczeni piłkarze faulowali coraz częściej. Norweg pozostawał niewzruszony – dopiero w 91. minucie dokonał pierwszej zmiany.
To kolejna rzecz, której nie rozumiem. Dlaczego Skandynaw nie rotuje składem tak, jak robi to w lidze? Ciężko powiedzieć. Na razie bronią go wyniki. Jego planu nie popierają jednak kibice, którym nie podoba się brak zmian w trakcie spotkań. Przez zmęczenie, w głupi sposób, z boiska wyleciał Michał Żyro. Blisko absencji w kolejnym spotkaniu był również Ondrej Duda, jednak węgierski arbiter powstrzymał się z pokazaniem mu drugiego kartonika. Pan Berg dokładnie obserwował mecz. Szkoda jednak, że nie zauważył tego, że Viktor Kassai gwizdał niemal każde minimalne przewinienie i surowo karał jego piłkarzy.
Szkoda również, że „Legioniści” nie potrafili korzystać ze swoich sytuacji, których mieli trzy! W pierwszej połowie rajdem popisał się Tomek Jodłowiec. Do tego doszła sytuacja, w której Miro Radović „zakiwał” defensorów z Turcji, zabrakło szczęścia i dopchnięcia piłki do bramki. „Setkę” zmarnował również Kucharczyk, który po solowym rajdzie nie zdążył kopnąć piłki – w ostatniej chwili wybił mu ją Bosingwa. Do tego, by wynik wyglądał dużo lepiej zabrakło niewiele. Chodziło tylko o to kluczowe dotknięcie piłki…
W 65. minucie meczu na boisko wszedł ledwo rozgrzany bramkarz. Szkoda, że nikt z Legii nie pokwapił się sprawdzić jego umiejętności. Strzały z daleka mogłyby sprawić mu duże kłopoty, jednak nikt na taką dozę nonszalancji się nie poniósł. Ponownie trzeba powiedzieć – szkoda! Wszak futbolówka mogłaby komukolwiek „najść” tak, jak Tomkowi Brzyskiemu w meczu z Lechem Poznań. W ostatnich minutach defensywa warszawiaków wyglądała fatalnie. O ataku nie wspominajmy, bo nie istniał. W zdobyciu trzech oczek w niesamowity sposób pomógł Dossa Junior. Środkowy obrońca grał ofiarnie. Na ciało przyjął kilka groźnie wyglądających strzałów oraz… kopniaków. W jednej z ostatnich akcji meczu, Cypryjczyk został potraktowany kolanem. W ekwilibrystyczny sposób ratował swoją drużynę i z pewnością zasłużył na tytuł gracza meczu.











