Już wydawało się, że Lech Poznań po prostu się zmienił, że nauczył się na własnych błędach. Przyszło mu rozegrać dwumecz III rundy eliminacji Ligi Konferencji Europy. Wielowymiarowej katastrofy nie da się cofnąć, choć pierwszy mecz przy Bułgarskiej nie zwiastował takiego obrotu spraw. Próbujemy ustalić, co Lech wczoraj przegrał i jak daleko siegną konsekwencje.
Kojarzycie tę scenę ze „Ślepnąc od świateł”, gdy grany przed Roberta Więckiewicza Jacek, stojąc w jacuzzi, krzyczy sam do siebie zrezygnowany „k***a, już było dobrze”, nie mogąc pogodzić się z utraconą perspektywą? To właśnie pytanie zadawał sobie każdy kibic Lecha wczoraj około 22. W zasadzie podobnie będzie wyglądać obecnie rządzące Lechem trio Rząsa – Klimczak – Rutkowski. Czy dużo można im zarzucić w perspektywie ostatnich miesięcy? No nie. Czy Lech Poznań ponownie stał się pośmiewiskiem? Tak.
Skutkująca odpadnięciem z europejskich pucharów porażka w Trnawie może mieć daleko idące konsekwencje dla całego klubu.
Kilka dni temu minęło 10 lat od kompromitacji Lecha z Żalgirisem Wilno, poprawionej jeszcze rok później w blamażu z islandzkim Stjarnanem. Spartak Trnawa jest drużyną dużo poważniejszą od tamtych rywali „Kolejorza”. Raz nawet, w sezonie 2018/2019 (po wyeliminowaniu m.in. Legii), zagrał w fazie grupowej Ligi Europy. Nadal mówimy o ekipie opartej na byłych ekstraklasowiczach. Nie zmienia to jednak faktu, że w najbliższych tygodniach, miesiącach, a nawet latach Spartak będzie wymieniany jednym tchem obok tych wszystkich Żalgirisów, Levadii, Dudelange itd. jako synonim – delikatnie mówiąc – europorażki.
W 2013 roku, gdy odpadał z Żalgirisem, na fali sukcesów z czasów meczów z Manchesterem City, Juventusem czy Udinese Lech był jedną z najwyżej rozstawionych drużyn w eliminacjach. Miał współczynnik 23.650 – sporo wyższy niż obecnie. Gdyby przeszedł Litwinów, byłby rozstawiony w ostatniej fazie eliminacji. W fazie grupowej byłby losowany z drugiego koszyka, tuż obok Dinama Zagrzeb. Wówczas frajersko przegrał, a wszystkie te rozważania zaklęto w słowie „ gdyby”. W tym sezonie Lech nie byłby rozstawiony w fazie play-off, ale grałby z chyba najsłabszym w stawce Dnipro-1, a w fazie grupowej LKE ranking „Kolejorza” dałby najpewniej drugi koszyk. Łeb podniosły stare demony. Znowu przepadło.
Pozostał żal
Nikt nie oczekiwał, że outsider ze Słowacji przed Lechem rozłoży czerwony dywan, pokłoni się i poobserwuje piękną grę. Miano ćwierćfinalisty ubiegłej edycji Ligi Konferencji zdawało się tylko napędzać rywali. Zawodnicy Spartaka mówili przed rewanżem o lekceważeniu ich przez polskie media. Wokół Lecha wytworzyła się atmosfera oczekiwania na fazę grupową. Z jednej strony nie ma nic dziwnego w tym, że kibice czy media śledzili poczynania Dnipro -1 w konfrontacji ze Slavią Praga. Problemem jest to, że piłkarze Lecha wyglądali na takich, których bardziej interesuje IV runda eliminacji Ligi Konferencji Europy.
Tutaj należy upatrywać głównej przyczyny porażki Lecha. Żaden zawodowy piłkarz nie przyzna się do przejścia obok meczu i odpuszczenia go. Zdarzają się za to gorsze dni, brak formy, zdrowia, zgrania, szczęścia, koncentracji itd. To wszystko widzieliśmy na murawie. John van den Brom w obu spotkaniach wystawił chyba najmocniejszą obecnie jedenastkę. Mimo to w Trnawie lechici nie wyglądali jak zespół skupiony za wszelką cenę na zwycięstwie.











