Lech Poznań pokonał na własnym stadionie Bodo/Glimt 1:0. W pierwszym starciu z wicemistrzem Norwegii padł bezbramkowy remis, co zaowocowało awansem „Kolejorza”. W ten sposób poznaniacy zapominają już o odpadnięciu w dwumeczu z Bragą sprzed lat, teraz bowiem muszą skupić się na rywalizacji w kolejnej rundzie. A stawką ćwierćfinał Ligi Konferencji Europy.
Wiele krytyki spadło na Lecha Poznań po pierwszym spotkaniu rozegranym w Norwegii. Niektórzy mówili nawet o futbolu średniowiecznym. Prawdy w tym jednak bardzo mało, powiedzielibyśmy wręcz, że nie ma jej w ogóle. Owszem, Lech Poznań zagrał defensywnie. Było to jednak bardzo odpowiedzialne z jego strony i pozwoliło na spokojną pracę przed rewanżem, mając w głowie dobry wynik i spotkanie przed własną publicznością. A w meczu rewanżowym „Kolejorz” zagrał już zupełnie inaczej.
Świetne rozplanowany dwumecz
Gdy niektórzy grzmieli po wyniku 0:0 w pierwszym spotkaniu z wicemistrzem Norwegii, narzekali na styl, chcieli zwolnić Johna van den Broma, Holender wiedział, co robi. Trener „Kolejorza” ma olbrzymie doświadczenie w europejskich pucharach, zresztą w Lechu poprowadził drużynę już w 16 spotkaniach europejskich pucharów.
Ale wróćmy. Patrząc trzeźwym okiem, a takie jest oko holenderskiego szkoleniowca, taki wynik był naprawdę bardzo dobrym rezultatem. Zwłaszcza że – jak już zapewne wszyscy zdążyli się dowiedzieć – jedynym zespołem, który w ostatnich dwóch sezonach europejskich pucharów nie przegrał z Bodo/Glimt na jego terenie, był Arsenal. A potem do „Kanonierów” dołączył Lech Poznań. Patrząc więc na to z tej perspektywy, wynik ten trzeba było szanować. Zwłaszcza że Norwegowie, nie oszukujmy się, dysponują lepszymi indywidualnościami od mistrza Polski.
Gdy już Lechowi udało się wypełnić pierwszą część planu, jasne było, że przy Bułgarskiej zagra zupełnie inaczej. Pod okiem niemal 40 tysięcy kibiców Lech Poznań był już drużyną odważniejszą. Nie oznaczało to jednak, że Lech bezmyślnie rzucił się po bramkę, nie pilnując defensywy. „Poznańska Lokomotywa” zagrała bardzo pragmatycznie, tak chcielibyśmy widzieć polskie kluby w Europie. Grające mądrze i odpowiedzialne, co umożliwia pokonanie silniejszego od siebie, bo jak wiadomo, takie rzeczy załatwia się sposobem.
Pokonany mocniejszy rywal
FK Bodo/Glimt, jak już zdążyliśmy wspomnieć, jest zespołem mocniejszym od poznańskiego Lecha, z czym raczej nie będziemy się wdawać w polemikę. Jest do tego zespołem bardziej doświadczonym w europejskich pucharach. Wystarczy przypomnieć sobie poprzednią kampanię w Lidze Konferencji Europy, w której był bardzo blisko zajęcia 1. miejsca w grupie, w niej znajdowała się również AS Roma – późniejszy triumfator. Zresztą w jednym ze spotkań fazy grupowej Norwegowie pokonali rzymian aż 6:1. Później wygrali 5:1 z Celitikiem w dwumeczu. W kolejnej rundzie mieli problemy z AZ Alkmaar, ale ponownie sobie poradzili. W ćwierćfinale los znowu splótł ich drogi z ekipą Jose Mourinho, pierwszy mecz wygrali 2:1, ale w rewanżu nie było już litości i przegrali 0:4. Co ciekawe, na cztery mecze pomiędzy tymi ekipami był to jedyny, który Roma wygrała.










