W świecie sportu, ale nie tylko, bo mowa przecież o pojęciu obecnym niemal w każdym aspekcie życia, często mówi się, że ktoś sięga ideału. Pracuje na miano najlepszego w swojej dziedzinie do momentu, gdy pewnego dnia staje się wzorem do naśladowania. Wówczas nie eksponuje się już z tak dużą mocą jego atutów, a każda popełniona przez niego rysa na szkle staje się większym niż zwykle zarzewiem krytyki. W takiej rzeczywistości na koniec sezonu znalazł się trener Vitezslav Lavicka, który do beczki miodu dołożył łyżkę dziegciu. Na własne życzenie.
Na potrzebę namalowania obrazu tej sytuacji sięgniemy po stary jak świat stereotyp. Wchodzisz z kimś w naprawdę fajną relację, czując, że to coś poważnego i naprawdę warto? Zrób to. Ale kiedy przyjdzie czas na małżeństwo, spodziewaj się, że spod osłony pozytywów zaczną wychodzić wcześniej nieodnotowane mankamenty burzące idealny obraz. Obraz, który na finiszu sezonu 2019/2020 trener Lavicka ubarwił o niezbyt zręczne machnięcia pędzlem. Jednym z nich, schodząc już z metaforycznych wywodów, jest – z perspektywy czasu niezrozumiałe – poleganie na tych samych twarzach na przestrzeni wielu miesięcy. Co ważne, bez odpowiedniego sprawdzenia opcji na plan B czy C.
Konserwatyzm trenera wywołuje syndrom hermetycznego zamknięcia
Kiedy dany mechanizm pracuje lepiej, niż można można było się spodziewać, raczej trudno o doszukiwanie się w nim mankamentów. Główna konfiguracja się sprawdza, trybiki zawodzą rzadko, a osiągane wyniki każą myśleć, że jakiekolwiek zmiany nie są przecież potrzebne. Z czasem gra wygląda nawet tak dobrze, że grono tych samych ludzi traktuje się jak talizman, a każda wymuszona zmiana jest prędzej pętającą pewność siebie koniecznością aniżeli wcześniej przygotowanym planem na grę bez ryzyka. Powiedzmy sobie szczerze: trenerzy marzą o tym, żeby po zamienniki sięgać jak najrzadziej. Często jednak los mówi „sprawdzam” i wtedy ten, kto odkładał stworzenie planu B na później, ma problem.

Problem ze składem w klubie ekstraklasy może być dwojaki, bo przecież nierzadko słyszymy określenie pokroju „problem bogactwa”. Jest ono jednak na tyle rzadko spotykane (pozwolić sobie na taki dobrostan mogą nieliczni), że niemal zawsze mowa wyłącznie o problemie z wybrakowaną ławką rezerwowych. Krótką, bez oczekiwanej jakości i generalnie demonizowaną. Akurat casus trenera Lavicki i zespołu Śląska Wrocław jest o tyle ciekawy, że raczej trudno winić poziom piłkarski prezentowany przez zawodników WKS-u z dalszego planu. Oczywiście część dublerów, tak jak zresztą w wielu klubach, na pewno nie oferuje tego, co główni aktorzy, ale tutaj chodzi o coś innego.
Czeski szkoleniowiec nie przygotował się należycie na ewentualności, jakich można było się spodziewać na finiszu sezonu (np. jednoczesna absencja kilku kluczowych piłkarzy). Ba, nie tylko na finiszu, ponieważ momenty, w których do kadry trzeba było sięgać nieco głębiej, pojawiały się już w rundzie jesiennej. Wówczas rezerwowe opcje były względnie satysfakcjonujące (np. Dankowski za Brozia, a później choćby Tamas za Gollę), ale kibice wraz z częścią wrocławskich dziennikarzy domagali się więcej, np. młodzieży. Tej, jak się dzisiaj okazuje, w Śląsku na ogół nie ma. Może jest za słaba? Mentalnie? Sportowo? To kompletna niewiadoma. Zaznaczmy: niewiadoma, która nie musiałaby takową być, gdyby trener Lavicka nie bał się użyć nieszablonowych rozwiązań.














