Cosezonowa rewolucja kadrowa stała się niechlubną tradycją w Kielcach. Korona przed każdą kampanią toczy swoisty wyścig z czasem, by skompletować zespół zanim rozpoczną się rozgrywki. Ograniczone fundusze oraz co najwyżej przeciętne rozeznanie zarządu na rynku transferowym stawia jednak klub na przegranej pozycji. Korona pozyskuje graczy zazwyczaj już w trakcie sezonu. Prowadzenie kieleckiej drużyny jest więc dla trenerów istną operacją na żywym organizmie. Improwizacja na stałe wpisała się w działalność klubu ze Świętokrzyskiego.Gdy w kwietniu 2017 roku po latach egzystencji na garnuszku miasta Korona Kielce trafiła w ręce prywatnego właściciela, wszystko w końcu miało pójść w dobrą stronę. Prywatny inwestor był przecież gwarancją długo wyczekiwanej stabilizacji. Ponadto od teraz klub ze Świętokrzyskiego miał walczyć o coś więcej niż zapewnienie ligowego bytu. Przynajmniej w oczach kibiców.
– (…) Nie stoją za mną żadne relacje z menadżerami piłkarskimi i mogę zapewnić, że wszystkie decyzje będę podejmował wyłącznie dla dobra klubu. Mam doświadczenie, gdyż przez dwadzieścia lat byłem bramkarzem, a od trzydziestu prowadzę biznes związany ze sportem — zapewniał na konferencji po przejęciu 72% akcji klubu nowy właściciel, Dieter Burdenski.

Pierwsza decyzja Niemca dotycząca zmian na stanowisku prezesa klubu wywołała niemały entuzjazm wśród kibiców. Marek Paprocki został zdegradowany na stanowisko wiceprezesa. Funkcję nowego zwierzchnika klubu miał odtąd pełnić Krzysztof Zając. Decyzja Dietera Burdenskiego na pewno miała podłoże czysto biznesowe. Jednak można doszukiwać się także pewnego populizmu. Marek Paprocki popularnością wśród kibiców nie grzeszył. Pierwszym postanowieniem nowy właściciel obsadził więc swojego człowieka na najważniejszym stanowisku w klubie oraz zyskał przychylność sympatyków.
Zatraceni w rewolucji
Dwa miesiące po przejęciu klubu przez nowego właściciela w Koronie nastąpił kolejny odcinek corocznej rewolucji kadrowej. Pozyskanie głównie zawodników zagranicznych spotkało się ze sporym oburzeniem ze strony części kibiców oraz mediów. Co więcej zatrudnienie Gino Lettieriego kosztem Macieja Bartoszka wywołało spore poruszenie. Do czasu.
Korona Kielce zaskakująco dobrze rozpoczęła poprzedni sezon. Ofensywna, szybka gra oparta na krótkich podaniach zamieniła przeciwników włoskiego szkoleniowca w sympatyków. W pierś bili się praktycznie wszyscy. Od ogólnopolskich dziennikarzy sportowych, na lokalnych kończąc. Runda rewanżowa jednak tak udana już nie była. Ewidentnie zawodnicy Korony po zagwarantowaniu sobie miejsca w górnej ósemce, bardziej niż o grze myśleli o sytuacji kontraktowej. Szczególnie, że kilku graczom z długim stażem w kieleckim klubie umowy wygasały z końcem czerwca. Zarząd Korony już wcześniej zdecydował o rozstaniu z Radkiem Dejmkiem. natomiast nie zgodził się na propozycję przedstawioną przez przedstawicieli „Żółto-czerwonych”.













