Mimo iż okres transferowy trwa w najlepsze, to rosyjskie kluby tego lata wyjątkowo roztropnie szukają nowych piłkarzy. Czyżby oligarchowie wykładający krocie na swoje zabawki znaleźli się w kryzysie? A może miliarderzy zza wschodniej granicy nauczyli się rozsądnie wydawać pieniądze? Odpowiedź jak zwykle nie jest jednoznaczna.
Latem 2010 roku sześć czołowych klubów rosyjskiej Premier Ligi (CSKA, Dynamo, Lokomotiw, Rubin, Spartak Moskwa, Zenit) wydało w sumie na transfery 145 milionów euro. Suma oszałamiająca, nazwiska graczy, którzy przenieśli się wówczas do tych zespołów, również. Bruno Alves, Kevin Kuranyi, Zoran Tosić, Seydou Doumbia, Aiden McGeady, Nicolas Pareja, Siergiej Siemak, Carlos Eduardo, Aleksandr Bucharow, Obafemi Martins, Salvatore Bocchetti, Aleksandar Luković – to tylko niektórzy zawodnicy, jacy przed rokiem zasilili czołowe kluby rosyjskiej ekstraklasy. Zimą ofensywę transferową przeprowadziło Anży Machaczkała. Zespół należący od niespełna roku do miliardera Sulejmana Karimowa przeznaczył na nowych graczy 30 milionów euro. Obecne okno transferowe rozkręca się jednak niemrawo.

Do tej pory (stan na 25 lipca) czołowa siódemka nie szaleje na rynku transferowym. Dość powiedzieć, że najbogatsze ekipy Premier Ligi zapłaciły za nowych graczy „zaledwie” 40 milionów euro. Najdroższy był Węgier Balazs Dzsudzsak, który za 14 milionów euro przeniósł się z PSV Eindhoven do Anży Machaczkała. 11 milionów kosztował Zenit Sankt Petersburg Domenico Criscito, 7,5 miliona Lokomotiw wyłożył na Felipe Caicedo, a na 6 milionów Spartak Moskwa wycenił Demy de Zeeuwa. Oprócz tego kwartetu do Rosji przenieśli się jeszcze Manuel da Costa i Victor Obinna (obaj Lokomotiw) i w zasadzie na tym można poprzestać. CSKA, Dynamo i Rubin nie wzmocniły swoich kadr i nie zanosi się na rychłą zmianę tego stanu rzeczy.
Tegoroczna strategia zespołów walczących o mistrzostwo Rosji zaskakuje. Liga będzie grać regularnie przez cały sierpień, większość z wyżej wymienionych drużyn wystąpi również w europejskich pucharach. Tymczasem dyrektorzy sportowi nie dadzą trenerom czasu na wkomponowanie nowych graczy do składu. Pierwszy przykład z brzegu – CSKA Moskwa. Szefowie „Wojskowych” od maja na łamach prasy głoszą, że wobec kontuzji Marka Gonzaleza i Tomasa Necida drużynie niezbędny jest nowy napastnik. Medialne zapowiedzi kończą się tym, że szkoleniowiec CSKA Leonid Słucki cały czas musi liczyć na duet Seydou Doumbia – Vagner Love. Owszem, obaj są bardzo skuteczni, ale w końcu trzeba będzie im dać trochę wytchnienia. Tymczasem ciemnoskórzy snajperzy nie mają żadnej konkurencji do miejsca w składzie. Ba, w całym zespole CSKA jest łącznie dwóch zdrowych napastników. A przecież do końca roku stołeczną jedenastkę czeka jeszcze 19 spotkań w lidze i pucharach.










