Geniusz. Król. Kosmita. Można byłoby tak wymieniać w nieskończoność, a na dobrą sprawę stworzyć oddzielny artykuł, który zawierałby jedynie pojedyncze epitety opisujące lidera Realu Madryt. Rzecz jasna pozytywne. Jednak nic nie dzieje się bez powodu. Karim Benzema jest bowiem obecnie najlepszym zawodnikiem na świecie. Dowodów ku temu nie musimy szukać daleko…
Starcie z Manchesterem City było kolejnym genialnym występem w wykonaniu goleadora „Królewskich”. Mimo że wynik dla zespołu z Madrytu finalnie nie był korzystny, on i tak udowodnił całemu światu, iż jest bezapelacyjnym numerem jeden. Piłkarzem, którego następne pokolenia powinny wspominać jako jedną z najbardziej kompletnych „dziewiątek” w historii tej pięknej dyscypliny.
Nie są to słowa wypowiedziane na wyrost. Nic z tych rzeczy. „Benz” niejednokrotnie pokazał, w jaki sposób musi grać napastnik idealny. Co prawda zdarzały mu się gorsze momenty. Zresztą jak każdemu z największych. Na przestrzeni ostatniej dekady natomiast nie było mi dane oglądać snajpera, który miałby w sobie tyle cech piłkarskiej boskości, co obecnie Karim Benzema. No chyba że zaliczamy do takowego grona Cristiano Ronaldo i Leo Messiego!
I piszę to z pełną odpowiedzialnością, a jednocześnie ogromnym szacunkiem do prawdziwych legend takich jak Luis Suarez, Wayne Rooney czy przede wszystkim nasz rodak – Robert Lewandowski. Benzema znajduje się zwyczajnie poziom wyżej od nich. Nawet kiedy ci byli w swojej najlepszej dyspozycji. Jest wyjątkowy. Jedyny w swoim rodzaju.
Bo jak inaczej wytłumaczyć to, co Francuz wyczynia w bieżącym sezonie? Jest prawdziwą ostoją Realu Madryt. Dźwiga zespół na swych barkach w najbardziej wymagających tego momentach. Zapewnił „Królewskim” awans do półfinału Ligi Mistrzów, strzelając Chelsea i Paris Saint-Germain łącznie siedem goli. Na dodatek z zimną krwią wykorzystał dwie sytuacje, jakie nadarzyły mu się w pojedynku z Manchesterem City, co daje Realowi szanse na sukces w przyszłotygodniowym rewanżu.
Ponadto jedno ze wspomnianych trafień w potyczce z „The Citizens” zdobył z rzutu karnego… „Panenką”! I to w 82. minucie przy stanie 2:4! Aż chce się zapytać: „Cholera jasna, czy ten gość ma w ogóle układ nerwowy?!”
Złota Piłka kwestią czasu
Z perspektywy polskiego fana piłki nożnej można napisać tę frazę z lekkim bólem. Każdy z nas w końcu marzył z ogromnym upragnieniem, aby zobaczyć Roberta Lewandowskiego zdobywającego tę prestiżową nagrodę. Jednak na na dziś trudno widzieć w roli faworyta do jej wygrania kogokolwiek innego niż Francuza.











