Kamil Glik, never give up. Po gorszym czasie zawsze przyjdzie lepszy


Z Kamilem Glikiem jest jak z powiedzeniem byłego premiera Polski Leszka Millera. Prawdziwego faceta poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy

21 kwietnia 2021 Kamil Glik, never give up. Po gorszym czasie zawsze przyjdzie lepszy

Od kiedy Paulo Sousa próbował odstawić go od reprezentacji, ten gra jak w transie. Kamil Glik w Benevento nie tylko już broni, ale i strzela. Kwiecień to jego miesiąc. „Pan Piłkarz”, bo tak w Polsce możemy mówić o naszym obrońcy, znów powstał i chce być liderem dalej w klubie, jak i kadrze. Jednak czy to wszystko byłoby możliwe, gdyby nie powrót do ligi, w której czuje się najlepiej?


Udostępnij na Udostępnij na

O tym, że Kamil Glik zawsze świetnie grał z orzełkiem na piersi, nigdy nie trzeba było nikogo przekonywać, ale w klubach bywało już różnie. Zwłaszcza od momentu, kiedy zamienił na jakiś czas Włochy na Francję. Jednak od kilku tygodni można z głębokim przekonaniem rzec, że „Glikson” w klubie i w zespole narodowym to ta sama osoba. Piłkarz, który trzyma w ryzach linię defensywną. Zawodnik, który znów strzela bramki po stałych fragmentach gry. Człowiek, przy którym inni idą do góry.

Po sześciu latach znów to zrobił

3 kwietnia 2021 – to właśnie tego dnia Kamil Glik po ponad połowie dekady strzelił bramkę we Włoszech. Jego ostatnim trafieniem było to z 4 kwietnia 2015 roku.

Oczywiście polski obrońca swoją premierową bramkę w barwach Benevento zdobył w charakterystyczny dla siebie sposób, a więc po stałym fragmencie gry. Zespół „Czarownic” rozegrał go krótko, by następnie wrzucić piłkę na dalszy słupek. Tam nastąpiło zgranie w kierunku bramki, a piłkę do niej z najmniejszej odległości wpakował polski stoper.

Również drugie trafienie w tym sezonie zanotował w kwietniu. Tym razem w meczu z drużyną Lazio. Bramka padła również po rzucie rożnym. Ten stały fragment gry został rozegrany w sposób przeciwny do ostatniego. Centra wykonana bezpośrednio ze stojącej piłki w kierunku dalszego słupka. Była to piłka odchodząca, do której dosłownie dopchał się głową Kamil Glik.

To, że nasz defensor strzela bramki, raczej nas dziwić nie może. Od momentu swojego pobytu w Torino zawodnik ten zanotował w piłce klubowej 25 goli. 12 podczas pierwszego pobytu na Półwyspie Apenińskim, 11 w Monaco i teraz dołożył jeszcze dwie w barwach Benevento.

Przecież jeszcze w 2015 roku cieszyliśmy się, że „Glikson” wyrównał rekord strzelecki… Zbigniewa Bońka w Serie A. Ten wyczyn polegał na zdobyciu siedmiu bramek w jednym sezonie. To właśnie wtedy Kamil Glik był drugą strzelbą swojego zespołu po Fabio Quagliarelli, który w tym samym czasie miał dziesięć trafień.

Nawet przeglądając statystyki z portalu Whoscored.com, możemy zobaczyć, że nasz reprezentant kraju to ważna postać jak na obrońcę w ataku popularnych „Czarownic”. W meczu notuje średnio 0,8 strzału. Oczywiście duży wpływ na ten stan mają stałe fragmenty gry. Wszyscy przecież znamy ten obrazek z reprezentacji – jak rzut rożny czy wolny to były kapitan Torino w pole karne. Jego umiejętność gry w powietrzu zawsze była przecież na najwyższym poziomie w każdej drużynie, w której występował.

Lider, choć wpadki się zdarzają

Najlepszym obrazem tej tezy będzie ocena naszego filaru obrony przez Tuttomercatoweb.com za pechowy dla niego mecz z Crotone: – Od początku sezonu stanowił o sile obrony Benevento. Biorąc to pod uwagę, można mu wybaczyć bardzo słabą niedzielę – czytamy w uzasadnieniu noty, przy której oczywiście wspomniano o golu samobójczym i „asyście”.

Jest to idealna puenta poczynań obronnych 33-latka w swoim klubie. Lider, który ma swoje za uszami. Jednak nie zawsze ze swojej winy. Ten, kto uważnie śledzi „Czarownice”, od razu może przypomnieć sobie początek sezonu. To właśnie wtedy już na początku meczu z Sampdorią partnerzy Glika posadzili go na minie.

Wszystko wzięło się od próby podania przez bramkarza w kierunku byłego piłkarza Monaco. Ten pass był tak nieudolny, że do piłki dobrał się Federico Bonazzoli. Piłkarz z Genui długo nie myśląc, uruchomił swojego napastnika, a ten zdobył bramkę. Składając to wszystko do kupy, otrzymujemy dość średni debiut do wspominania. Całość przysłoniła jednak ostateczna wygrana 3:2 przez zespół Benevento.

Słabszy mecz w wykonaniu reprezentanta Polski również znajdziemy. Wystarczy tylko przypomnieć starcie z Romą. To w tym spotkaniu Kamil Glik zobaczył dwie żółte kartki i wyleciał z boiska po 57 minutach. Obie te kartki otrzymał przy próbach powstrzymania Henricha Mchitarjana. Krótko skwitował je wtedy serwis Calciomercato:

To nie powinno się zdarzyć tak doświadczonemu piłkarzowi.

Jednak polski defensor ma coś, co ostatnio nazwano potocznie „aurą Glika”. W tym pojęciu chodzi o to, że piłkarze mając u boku zaprawionego w bojach obrońcę, takiego jak były kapitan Torino, czują się pewnie, o czym wspominał ostatnio chociażby Kamil Piątkowski, który zachwalał współpracę z doświadczonym kolegą:

– Mieliśmy dobry kontakt. Często mi podpowiadał i ja jemu również. Uzupełnialiśmy się na boisku. Cieszę się, że miałem przyjemność grać obok Kamila. Współpraca z nim dodaje pewności siebie.

W kadrze od lat to samo – pod górkę

Tak można by rzec o jego poczynaniach. Każdy selekcjoner, począwszy od Waldemara Fornalika na Paulo Sousie kończąc, zawsze wpadał na pomysł, by odstawić Glika na bocznicę. Za każdym razem kończyło się tak samo – rychłym powrotem i ważną rolą w układance najważniejszej drużyny dla każdego Polaka.

To z nim wielu piłkarzy trzyma sztamę ze względu na charakter. To do niego garną się nowi kadrowicze, widząc w nim niekiedy kogoś, kto może być dla nich jak ojciec. Otoczy opieką, wskaże pewne kierunki i zruga, gdy będzie trzeba.

Ostatnio w Polsce przewija się jak mantra pewne zdanie – bez Glika ani rusz. To tak jakby zabrać tej kadrze serce, a czasem i usta. Bardzo dobrze to widać zwłaszcza teraz bez kibiców. Słychać, jak nasz filar obrony pokrzykuje na kolegów. Ustawia i wypycha ich do przodu. Można nawet zaryzykować tezę, która będzie kontrowersyjna – lepiej, że na Wembley zabrakło Lewandowskiego niż jego.

Jak zauważył na łamach Sportowefakty.wp.pl Piotr Czachowski, Kamilowi Glikowi w klubie z Benevento łatwiej być dobrym obrońcą niż w kadrze. Bierze się to z uwagi na styl, jaki proponuje nasz selekcjoner. Gra z wysoko ustawioną obroną to nie jest coś, do czego „Glikson” aktualnie się nadaje, ponieważ z racji wieku każdy piłkarz traci szybkość, a on ma już przecież 33 lata.

– Jako obrońca na pewno ma jednak dużo łatwiejszą rolę do spełnienia w Benevento. Przy ustawieniu preferowanym przez Filippo Inzaghiego, który decyduje się na głęboką defensywę, dzięki której przestrzeń między linią defensywną a bramkarzem jest mniejsza, Glikowi jest zdecydowanie łatwiej. Myślę, że Glik będzie grał w reprezentacji, że Sousa to zrozumie. Widać było w ostatnich spotkaniach kadry, zwłaszcza z Węgrami, że wysoko ustawiona obrona bez Kamila to nie jest dobry pomysł – mówi Czachowski.

Wspomniany zaś występ w meczu z Anglią, kiedy to z początku odstawiany na boczny tor obrońca był kapitanem zespołu powinien zamknąć dyskusję na temat jego przydatności.

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze