Cabo Verde i romantyzm, którego potrzebujemy [FELIETON]


Republika Zielonego Przylądka została największą sensacją na Mistrzostwach Świata 2026

7 lipca 2026 Cabo Verde i romantyzm, którego potrzebujemy [FELIETON]
friendsoffotballnz.com

Republika Zielonego Przylądka zaskoczyła na mundialu. Mimo że swój udział w mistrzostwach zakończyła na 1/16 finału, już na zawsze zapisała się na kartach historii jako jedna z większych mundialowych sensacji ostatnich lat. Być może również jako jeden z ostatnich przedstawicieli futbolu romantycznego.


Udostępnij na Udostępnij na

Największą wartość w piłce mają dla mnie kameralne historie – są one esencją futbolu w czystej postaci. Nieznane, niemal anonimowe dla świata twarze bohaterów na pierwszym planie, o których istnieniu bez owej historii prawdopodobnie nie zdałbym sobie sprawy. Niekiedy ci bohaterowie pojawiają się tylko raz, są autorami chwili, ale jakże pięknej i wartościowej. Powtórzę, jest to esencja cudowności futbolu w najlepszym wydaniu.

Takich historii jest jednak coraz mniej. W piłce nożnej powoli zanika pojęcie „romantyczności” i pojawia się w jego miejscu zupełnie nowe (choć funkcjonujące już od dawna) pojęcie „komercjalizacji”, zamykające ramy futbolu wokół pieniędzy.

Na szczęście pojawiają się jeszcze wyjątki.

Rzeczywistość w Cabo Verde

Republika Zielonego Przylądka liczy obecnie około 530 tysięcy osób. Dla zobrazowania skali tego afrykańskiego archipelagu, o dziesięć tysięcy osób więcej liczy ludność Poznania, o ponad sto tysięcy ludność Łodzi, a o niemal trzysta tysięcy ludność Krakowa.

Nie ma tam profesjonalnej ligi piłkarskiej, większość kabowerdeńskich klubów i zawodników występuje na poziomie półprofesjonalnym bądź amatorskim. Co za tym idzie, z grania w piłkę nie da się tam wyżyć. Nawet w największych i najbardziej utytułowanych zespołach tamtejsi piłkarze nie mogą liczyć na pensję. Funkcjonuje tam wyłącznie tzw. „ajuda de custo”, czyli pomoc w utrzymaniu. Na poziom profesjonalny udaje się przebić tylko nielicznym, najczęściej do drugiej lub trzeciej ligi portugalskiej.

Reprezentacja, by występować godnie na arenie międzynarodowej, musi więc działać jak klub – poprzez skauting przeczesywać zagraniczne rynki w poszukiwaniu zawodników z kabowerdeńskimi korzeniami. Nie jest to oczywiście łatwe zadanie. Republika Zielonego Przylądka bazuje głównie na zawodnikach, którzy nigdy nie mieliby szans przebić się do kadry swojego wyboru numer jeden. Rzecz jasna, są wyszkoleni w europejskim systemie. Zarazem zostali jednak przez ten sam system wyrzuceni, określeni jako niepotrzebni przez Europę. Tak zbudowana jest ich kadra.

Republika Zielonego Przylądka jako mundialowa sensacja

Do mundialu przystępowali na straconej pozycji. W pierwszym meczu czekała na nich Hiszpania, obecni mistrzowie Europy – trudno było sobie wyobrazić, że reprezentacja Cabo Verde urwie choćby punkt. Kolejnym rywalem był Urugwaj – murowany kandydat do wyjścia z grupy, uznana reprezentacja, zahartowana na światowym polu bitwy. W ostatnim czekał ich pojedynek z Arabią Saudyjską, krajem, który w ostatnich latach wpakował miliony w piłkę nożną, potężnie inwestował w sport, wykorzystując go jako element machiny propagandowej. Podsumowując, maleńki afrykański archipelag kontra mistrzowie Europy, zdobywcy brązowego medalu ostatniego Copa America i napompowana petrodolarami saudyjska machina. Raczkująca, ale potrafiąca rzucić wyzwanie – na poprzednim mundialu jako jedyna pokonała Argentynę, późniejszych mistrzów świata. Logika podpowiadała bezwzględne zero punktów.

Wymknęli się logice.

Hiszpanów pozostawili bezradnych. W pierwszym zderzeniu dwóch piłkarskich światów, to nie Kabowerdeńczycy wracali na tarczy. Nie wygrali, ale w ich przypadku remis można mierzyć wagą zwycięstwa. Hiszpania została przez nich całkowicie zneutralizowana. Dzięki świetnej organizacji gry obronnej oraz wybitnej dyspozycji bramkarza, Vozinhi, znaleźli się na ustach całego świata. Po pierwszym sukcesie fala kabowerdeńskiego szaleństwa poszła dalej. Ponownie zdobyli po jednym punkcie z Urugwajem i Arabią Saudyjską, kończąc ostatecznie na drugim miejscu oraz wyrzucając obie reprezentacje z turnieju.

Sen, którym żyło Cabo Verde

Jako następna, w fazie pucharowej, czekała ich Argentyna. Przed meczem wydawałoby się, że nie ma już dla nich niemożliwego. Skoro dali sobie radę z mistrzami Europy, to mogli dać sobie radę z każdym. Mogli porwać się z nurtem oszałamiającej sensacji. I tak też było.

Na obecnych mistrzów świata wyszli bez kompleksów, tak jakby nie dzielił ich ani gram jakości. Po raz kolejny pozbawili argumentów drużynę z piłkarskiego szczytu. Przez cały mecz grali ambitnie, bezwzględnie kąsali Argentyńczyków, coraz bardziej obnażając ich słabości. Ponownie mądrzy w defensywie, jednocześnie bez narzucania sobie ofensywnych ograniczeń – z atakami wychodzili pewnie, przeprowadzali je schludnie i z gracją, zupełnie jak najlepsze europejskie ekipy. W przekroju całego meczu nie wyglądali na tych słabszych, odbiegających jakością. Wręcz przeciwnie. To oni mieli plan i skrupulatnie go realizowali.

Przegrali po zaciętej walce 2:3, ale z mundialu mogą odchodzić z podniesioną głową. Stali się symbolem, że by nawiązać walkę z największymi nie trzeba mieć piłkarzy o umiejętnościach światowej klasy. Są jednym z ostatnich bastionów prawdziwie romantycznego futbolu.

Deromantyzacja futbolu a Mistrzostwa Świata 2026

Na tegorocznym mundialu piłka jest z owego romantyzmu bestialsko odzierana. To wielkie piłkarskie święto stało się, jak na gospodarza przystało, iście amerykańskie.

Do tego stopnia, że przyswoili w futbolu kulturę amerykańskiego sportu i podzielili mecze na cztery kwarty – jak to ma miejsce m.in. w NBA i NFL. Przerwy na nawodnienie nie mają oczywiście niczego innego na celu jak zmieszczenie podczas transmisji jeszcze większej liczby bloków reklamowych oraz poszerzenie nieuchronnej, amerykańskiej monetyzacji i komercjalizacji.

Amerykanizacja sięgnęła również bezpośrednio do portfeli tych, dla których pierwotnie futbol miał być przeznaczony, wykluczając mniej zamożną część kibiców. W USA obserwujemy rekordowo wysokie ceny biletów. Wszystko przez tzw. „dynamic pricing”, które dostosowuje ceny do poziomu zainteresowania. W maju najdroższe wejściówki na finał mistrzostw świata osiągnęły rekordową kwotę 33 tysięcy dolarów. Najdroższy bilet na trybuny w Katarze (1600 dolarów) jest obecnie wart tyle, ile wynosiła średnia cena najtańszego dostępnego miejsca (kategoria 4) na wybrane mecze pucharowe w USA tuż przed turniejem.

Amerykański happening

Mistrzostwa Świata 2026 stały się politycznym happeningiem Donalda Trumpa. Jego absurdalna polityka imigracyjna wykluczyła z mundialu m.in. Omara Abdulkadira Artana, somalijskiego sędziego, u którego amerykańskie służby doszukiwały się powiązań z organizacjami terrorystycznymi, ostatecznie odmawiając mu wjazdu. Dotyczy to również setek tysięcy fanów z krajów tzw. „listy ryzyka”, którzy mimo posiadania biletów, nie otrzymali wiz turystycznych.

Zatracając się w swojej wzajemnej adoracji, prezydent FIFA i prezydent USA wspólnie postanowili naruszyć autonomię sportu. Folarin Balogun otrzymał czerwoną kartkę w meczu z Bośnią i Hercegowiną – słuszną, w Bośniaka wszedł od tyłu stemplem, faul za jakie czerwone kartki ogląda się od dekad. Donald Trump początkowo nie wiedział, co oznacza ten jaskrawy kartonik. Szybko nadrobił braki, doinformował się, w chwilę zdobył więcej kompetencji niż selektywnie dobrani sędziowie na tegoroczny mundial (bo przecież, jak mówi, on się na wszystkim zna najlepiej) i zażądał przeglądu. Decyzja FIF-y, dowodzonej przez Gianniego Infantino, rozkochanego w amerykańskim prezydencie – do tego stopnia, że w przeszłości stworzył mu nawet specjalną, udającą noblowską Nagrodę Pokojową FIFA – nie mogła być inna. Folarin Balogun nie faulował.

Mundial w USA to kuriozalna farsa. Chciałoby się powiedzieć, że jest parodią tego, jak pod żadnym względem nie powinno być organizowane największe piłkarskie święto. Tyle że dzieje się to w rzeczywistości.

Dlatego trzeba się radować, że w futbolu do granic skorumpowanym, skomercjalizowanym i zmonetyzowanym jest jeszcze miejsce na odrobinę romantycznej historii. Na przypomnienie czym była i czym powinna być piłka nożna, po nieustannym przekraczaniu granicy dobrego smaku przez fifowskie władze. Ten maleńki archipelag jest czymś więcej niż tylko turniejową rewelacją. Jest żywym aktem buntu przeciwko przykrej rzeczywistości otaczającego świata.

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze