Starcie Manchesteru United podejmującego na własnym boisku Benficę Lizbona okazało się prawdziwym hitem w 5. kolejce grupy C Ligi Mistrzów. Gospodarze zremisowali 2:2 z Portugalczykami, a emocji nie brakowało nawet przez chwilę.
Przynajmniej tonę szczęścia zużyli zawodnicy Benfiki w pierwszej akcji tego wieczoru. Prawą stroną odważnie w pole karne wbiegł Gaitan, dośrodkowując piłkę na piąty metr, ale Jones interweniował na tyle nieskutecznie, że wbił futbolówkę do własnej siatki. Chwilę później bardzo groźnie zza pola karnego strzelał Cesar, ale piłka minimalnie minęła spojenie słupka z poprzeczką. Gdyby pomocnik gości przymierzył nieco lepiej, De Gea nie miałby najmniejszych szans na obronę.

Portugalczyków zaskoczyć próbował Nani, który po kwadransie podszedł do piłki ustawionej na rzucie wolnym. Były gracz głównego rywala Benfiki, a więc Sportingu, huknął w charakterystyczny dla siebie sposób, ale Moraes stanął na wysokości zadania. Portugalczycy, mimo gry na Old Trafford, nie dawali się stłamsić w pierwszych momentach spotkania, wręcz przeważając często w sytuacjach podbramkowych.
Po niemal pół godzinie gry do dośrodkowania ze stałego fragmentu gry najwyżej wyskoczył Javi Garcia i o mało co nie pokonał De Gei, jednak i tym razem zabrakło nieco dokładności. Dwa kwadranse wystarczyły, aby stwierdzić, że mecz rozgrywany jest w dynamicznym, dobrym tempie, a kolejne gole wydawały się kwestią czasu.
Wykrakałem, bo w 30. minucie Berbatow wyrównał stan rywalizacji. Znakomita postawa Naniego na lewej stronie boiska poskutkowała jeszcze lepszym dośrodkowaniem wprost na głowę bułgarskiego snajpera i kibice w Manchesterze mieli ogromne powody do radości. Ta bramka dodała podopiecznych Fergusona animuszu, a każda akcja pod bramką Benfiki wyglądała coraz groźniej.
Jeszcze przed zakończeniem pierwszej połowy Berbatow opanował podanie z głębi pola, położył na murawie jednego z obrońców, jednak sytuację uratował kolejny defensor Benfiki.

Po zmianie stron sytuacja na murawie nie zmieniła się. „Czerwone Diabły” nadal starały się przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę, a podbudowany najwyraźniej pierwszą bramką Berbatow dwoił się i troił, byle tylko dołożyć kolejnego gola do swojego dorobku. Bardzo groźnie było w 52. minucie, gdy gospodarze zorganizowali sobie trening strzelecki w polu karnym rywala, połączony z grą w dziada. Seria uderzeń była blokowana, wybijana, a także broniona przez Moraesa.











