Aleksander Hleb jest jednym z największych zmarnowanych talentów ostatniej dekady. Oglądanie jego gry sprawiało przyjemność. Łączył efektowność z efektywnością, bo swoimi akcjami nie tylko cieszył oko kibica, ale również dawał wiele drużynie. Do czasu pewnego transferu…
Aliaksandr Paulavich Hleb urodził się 1 maja 1981 roku w Mińsku na Białorusi (wówczas ZSRR). W 1999 roku, jako siedemnastolatek, podpisał profesjonalny kontrakt z BATE Borysów. Rozegrał tam tylko jeden sezon, strzelając cztery bramki w 25 występach, gdyż spisywał się na tyle dobrze, że przykuł uwagę skautów VfB Stuttgart. Pierwszy rok spędził w drużynie rezerw, gdzie zdobył tylko jednego gola. Mimo to od kolejnego sezonu był już zawodnikiem pierwszego zespołu niemieckiej drużyny. Podczas pięciu lat, jakie tam spędził, strzelił dwadzieścia goli i zaliczył 40 asyst w 211 spotkaniach. Lecz w końcu nadszedł czas na wykonanie kolejnego kroku w karierze.
Krok naprzód
5 czerwca 2005 roku został oficjalnie zaprezentowany jako nowy piłkarz Arsenalu. Związał się z londyńczykami czteroletnią umową, a Stuttgart otrzymał 15 mln euro za Białorusina. Jako że był niezwykle uniwersalnym zawodnikiem, występował na wielu pozycjach, jednak najczęściej i najlepiej odnajdywał się na skrzydłach. Swoją przygodę z „Kanonierami” mógł zacząć wyśmienicie, od zdobycia Tarczy Wspólnoty. Niestety Arsenal przegrał z Chelsea 1:2, a sam Hleb opuścił boisko po pierwszej połowie. Na samym początku swojego debiutanckiego sezonu, podczas przerwy na mecze reprezentacyjne, doznał kontuzji kolana, która wykluczyła go z gry na kilka miesięcy. Na stadiony wrócił dopiero w grudniu. Pierwszego gola w Anglii strzelił dopiero w styczniu 2006 roku, w spotkaniu przeciwko Middlesbrough. Białorusin jest jednym z największych pechowców w historii klubu, gdyż w ciągu czterech lat, które spędził w Północnym Londynie, przegrał trzy finały: Tarczy Wspólnoty, Ligi Mistrzów oraz Pucharu Ligi.

Jakkolwiek w regularnym graniu przeszkadzały mu liczne i dotkliwe urazy, gdy tylko był zdrowy, występował w wyjściowym składzie. Był niezwykle utalentowanym piłkarzem, nie brakowało mu: techniki, umiejętności, doświadczenia czy zimnej głowy, a… szczęścia. Pech Hleba nie ograniczał się tylko do przegranych finałów. Łatwo łapał urazy, lecz to wciąż nie wszystko. Kolejną rzeczą, której z pewnością nie mógł przeboleć, była nieskuteczność zarówno jego samego, jak i kolegów z drużyny. Nieważne, jak piękną akcją, podaniem czy strzałem by się popisał, zawsze coś stawało na drodze do szczęścia. W pewnych sytuacjach byli to także sędziowie, jak chociażby podczas pamiętnej samodzielnej akcji przeciwko Liverpoolowi w Lidze Mistrzów, po której był faulowany w polu karnym, z czym nie zgodził się arbiter. Hleb wielokrotnie żartował przez łzy, iż to zapewne wina jego numeru, „13”. Choć nie był najlepszym zawodnikiem Arsenalu, a jego akcje często kończyły się niepowodzeniem, był ulubieńcem kibiców. Tak właściwie to trudno się temu dziwić, gdyż nie było w Londynie drugiego takiego piłkarza, który robiłby z futbolówką i obrońcami przeciwnika to, co dla Białorusina było chlebem powszednim.












