Starcie Stoke i Arsenalu nie było dziś najważniejszym meczem w Anglii, ale z pewnością widowisko, jakie stworzyli piłkarze na Britannia Stadium, oglądało się z wielką przyjemnością. Działo się sporo, jednak zabrakło najważniejszego – goli.
Britannia Stadium nie może kojarzyć się dobrze ani fanom, ani piłkarzom Arsenalu. Ostatnie osiem spotkań „Kanonierów” na terenie „The Potters” to zaledwie jedno zwycięstwo – w lutym 2010 roku. Zimne i deszczowe Stoke to dla podopiecznych Arsene’a Wengera prawdziwy poligon. Trudno więc się dziwić, że kibice z The Emiretes drżeli na samą myśl o wyjazdowym meczu w niedzielne popołudnie.
Mała korekta, deszczu nie było. Ale śniegiem sypnęło.
Mark Hughes nie zaskoczył, wystawił identyczną jedenastkę jak ta, która w środę ograła Norwich. Z kolei Arsene Wenger nie mógł skorzystać z usług Mesuta Oezila, który przed spotkaniem narzekał na uraz stopy. Miejsce Niemca zajął Alex Oxlade-Chamberlain.
Zajmujące siódmą lokatę Stoke w przypadku zwycięstwa mogło zrównać się punktami z szóstym West Hamem. „Kanonierzy” liczyli na trzy punkty i powrót na wygodny fotel lidera angielskiej Premier League. Atmosfera na Britannia Stadium była tak gęsta, że można było kroić ją nożem. Trybuny, delikatnie rzecz ujmując, nie przepadają za osobą Wengera, a menedżer Arsenalu nie cieszy się także sympatią Marka Hughesa.
Oglądaliśmy niezłą pierwszą połowę. Była „kontuzja” Ramseya, któremu Glen Johnson w niewybredny sposób wymierzył cios kolanem w pośladki. Była namiastka tiki-taki w wykonaniu Stoke, Joel Campbell grał niczym nieobecny Mesut Oezil, a wspomniany wcześniej Johnson imponował zarówno w defensywie, jak i w ofensywie. Nie zabrakło bramkarskich parad, po raz kolejny zachwycił Jack Butland, który zatrzymał będącego w doskonałej dyspozycji Oliviera Girouda, a także Oxlade’a-Chamberlaina. Brakowało jednak tego, co w futbolu najważniejsze. Prawdziwego clue, sedna, meritum etc. W skrócie – nie było goli. Piłkarze co prawda nie trafiali w bramkę, ale precyzji Affelayowi odmówić nie można.











