GKS Tychy podejmuje na własnym stadionie Lechię Zieloną Górę w ramach 14. kolejki Betclic 2. Ligi. Gospodarze, którzy wciąż pozostają niepokonani w ligowych rozgrywkach, chcą umocnić swoją pozycję w czołówce tabeli. Goście przyjeżdżają natomiast po bolesnej porażce 0:6 z Górnikiem Łęczna i będą szukać przełamania. Na papierze mecz wydaje się pod dyktando Tyszan, ale jak było w praktyce?
Pierwsza połowa
Sobotnie spotkanie miało szczególne znaczenie dla GKS-u Tychy. Wszystko za sprawą niespodziewanej porażki liderującego Znicza Pruszków. Tyszanie, zajmujący drugie miejsce w tabeli, mieli zatem doskonałą okazję, aby zmniejszyć dystans do pierwszej lokaty i realnie włączyć się do walki o fotel lidera. Zadanie nie zapowiadało się jednak na łatwe. Lechia Zielona Góra przyjechała do Tychów z wyraźnym pomysłem na grę, stawiając przede wszystkim na dobrą organizację taktyczną.
Od pierwszego gwizdka można było zauważyć dużą intensywność w poczynaniach gości. Goście wysoko doskakiwali do rywali, starali się odbierać piłkę już na ich połowie i nie zamierzali oddawać inicjatywy gospodarzom. GKS dobrze radził sobie jednak z pierwszymi próbami przeciwnika, a następnie odpowiedział groźnym atakiem, który zakończył się celnym strzałem i dobrą interwencją kapitana zespołu z Zielonej Góry.
Już w 3. minucie Lechia oddała pierwszy celny strzał na bramkę Kacpra Myszkowskiego. Młody golkiper zachował jednak spokój i pewnie zatrzymał uderzenie. Chwilę później kibice mogli oglądać znakomitą odpowiedź gospodarzy. W 4. minucie GKS przeprowadził fenomenalną akcję, w której szczególnie wyróżnili się Baier, Paweł Olkowski oraz Chorosiński. Świetne podanie Baiera zapoczątkowało bardzo techniczne rozegranie w polu karnym Lechii. Tyszanie z dużym spokojem wymieniali podania, całkowicie rozmontowując defensywę przeciwnika. Zabrakło jedynie wykończenia, ponieważ celny strzał zatrzymał bramkarz gości.
Lechia konsekwentnie realizowała jednak swój plan. Nie zamierzała dostosowywać się do stylu gospodarzy, lecz próbowała narzucać własne tempo i grać odważnie. Nie zawsze takie podejście przynosi oczekiwane rezultaty, co pokazało również poprzednie spotkanie zielonogórzan, ale trzeba docenić ich konsekwencję. Dzięki temu od początku oglądaliśmy otwarte i interesujące widowisko.
Zaskoczenie
Warto pamiętać, że GKS Tychy rywalizował w środku tygodnia w rozgrywkach Pucharu Polski. Dodatkowe spotkanie mogło mieć znaczenie dla dyspozycji fizycznej gospodarzy. Około 10. minuty rywalizacja była bardzo wyrównana. Żadna ze stron nie potrafiła na dłużej przejąć kontroli nad piłką. Oba zespoły próbowały szukać swoich szans dłuższymi, prostopadłymi podaniami, które najczęściej były jednak przecinane przez dobrze ustawionych obrońców.
W 18. minucie Lechia stworzyła sobie jedną z najlepszych okazji pierwszej połowy. W końcu gościom udało się posłać znakomite prostopadłe podanie, które minęło linię obrony gospodarzy. Zawodnik Lechii znalazł się w sytuacji sam na sam z Kacprem Myszkowskim, ale 17-letni bramkarz popisał się fenomenalną interwencją i uratował swój zespół przed utratą gola. Niestety, po tej akcji golkiper potrzebował pomocy sztabu medycznego. Na trybunach i ławce trenerskiej GKS-u z pewnością pojawił się niepokój. Myszkowski prezentuje ostatnio znakomitą formę, a przy kontuzji podstawowego bramkarza jego ewentualna niedyspozycja byłaby dla tyszan ogromnym problemem. Na szczęście młody zawodnik podniósł się o własnych siłach i mógł kontynuować występ.
Około 20. minuty coraz wyraźniej zarysowywała się przewaga Lechii. Goście dobrze wykorzystywali środek boiska, grali agresywnie i skutecznie doskakiwali do rywali. GKS sprawiał wrażenie nieco zaskoczonego takim obrotem spraw. Tyszanie mieli jednak wystarczająco dużo jakości, aby odpowiedzieć. Chwilę później przeprowadzili dobrą akcję zakończoną dokładnym podaniem górą do zawodnika znajdującego się w polu karnym. Ten zdołał opanować piłkę, ale jego uderzenie zostało zablokowane. Widać było, że gospodarze dysponują dużymi umiejętnościami indywidualnymi, jednak pod względem taktycznym to Lechia prezentowała się w tym fragmencie lepiej.
W 23. minucie zielonogórzanie ponownie zagrozili bramce Myszkowskiego. Szybki kontratak zakończył się dobrym dośrodkowaniem w pole karne GKS-u, po którym jeden z zawodników oddał groźny strzał głową. Piłka minęła jednak bramkę. Lechia potrafiła być bezpośrednia w swoich atakach, a po ich zakończeniu szybko organizowała się w defensywie, ustawiając nawet pięciu zawodników w jednej linii.
Mecz przez duże M
Warto przypomnieć, że ostatni raz GKS Tychy mierzył się z Lechią Zielona Góra w sezonie 2010/2011, kiedy rozgrywki drugiej ligi funkcjonowały jeszcze w podziale na dwie grupy. W tamtym okresie tyszanie dwukrotnie pokonali zielonogórzan i dwukrotnie dzielili się z nimi punktami.
Przełamanie przyszło w 34. minucie. Gospodarze przeprowadzili w końcu bardzo dobrą akcję i stworzyli sobie sytuację, którą można było określić jako niemal sam na sam z bramkarzem. Kapitan Lechii dobrze jednak skrócił kąt i skutecznie interweniował. Chwilę później GKS ponownie zagroził bramce rywali, a Damian Kądzior dołożył celne uderzenie z dystansu. Bramkarz zielonogórzan po raz kolejny stanął jednak na wysokości zadania. Jego doświadczenie i spokój były w pierwszej połowie niezwykle istotne dla dobrze zorganizowanej defensywy gości.
Na pochwały zasługiwał również Chorosiński. Zawodnik GKS-u chętnie podłączał się do akcji ofensywnych, dobrze przyjmował piłkę i pokazywał wysokie umiejętności techniczne. W jego grze było widać pewność oraz skuteczność w podejmowanych działaniach.
W 39. minucie gospodarze zaczęli stopniowo przejmować inicjatywę. GKS coraz częściej gościł pod polem karnym przeciwnika i wywalczył kilka rzutów rożnych. Problemem pozostawała jednak dokładność ostatnich podań. Lechia nadal prezentowała się bardzo odpowiedzialnie w defensywie, a jej zawodnicy dobrze asekurowali poszczególne strefy boiska.
Nie oznaczało to jednak, że goście zamierzali wyłącznie się bronić. W 41. minucie bliski zdobycia bramki był Mycan, który po kolejnym dośrodkowaniu Lechii próbował skierować piłkę głową do siatki. Zabrakło jednak odpowiedniego wykończenia. Zielonogórzanie często wykorzystywali grę skrzydłami i posyłali kolejne piłki w pole karne gospodarzy. Tyszanie momentami podejmowali spore ryzyko, pozostawiając niektórych zawodników rywali bez ścisłego krycia.
Druga połowa
Druga połowa rozpoczęła się od niepokojącej informacji dla kibiców gospodarzy. Kacper Myszkowski, który jeszcze przed przerwą popisał się znakomitą interwencją w sytuacji sam na sam, nie pojawił się już na murawie. Problemy zdrowotne po pierwszej części spotkania zmusiły sztab szkoleniowy do przeprowadzenia zmiany. Jest to jednak zapewne dmuchanie na zimne i nie jest to raczej żadna poważna kontuzja. Między słupkami zastąpił go Tymoteusz Proczek. Dla młodego golkipera była to ogromna szansa, ale również wielkie wyzwanie. Co ciekawe, był to już trzeci bramkarz GKS-u wykorzystywany w tym sezonie.
Pierwszą okazję do zaprezentowania swoich umiejętności Proczek miał już w 47. minucie. Jego interwencja nie należała do najbardziej pewnych, ale młody bramkarz musiał przede wszystkim złapać odpowiedni rytm spotkania. Lechia nie zamierzała jednak zwalniać tempa i kontynuowała ofensywne natarcie. Na szczególne wyróżnienie zasługiwała dwójka środkowych obrońców zielonogórzan, która bardzo dobrze radziła sobie z atakami gospodarzy. Kacper Plichta pozostawał skutecznie odcięty od gry i miał spore problemy z odnalezieniem się na boisku.
W 52. minucie gospodarze otrzymali kolejny powód do niepokoju. Na murawę upadł kapitan GKS-u, Damian Kądzior. W kontekście środowego spotkania Pucharu Polski z Pogonią Siedlce można było zastanawiać się, czy intensywny terminarz nie zaczyna odbijać się na kondycji fizycznej tyszan. Na szczęście Kądzior po chwili podniósł się i kontynuował grę.
Co tutaj się stało?
Przełom nastąpił w 56. minucie! Lechia Zielona Góra wyszła na prowadzenie, a na listę strzelców wpisał się Dawid Dębski. Zawodnik idealnie w tempo wykorzystał zagranie za linię obrony, minął interweniującego Tymoteusza Proczka i skierował piłkę do pustej bramki. Asystę przy trafieniu zanotował Bursztyn. Dla młodego golkipera GKS-u był to niezwykle trudny początek występu. Zmiana wymuszona problemami zdrowotnymi Myszkowskiego nie przyniosła gospodarzom oczekiwanego spokoju, a Lechia mogła cieszyć się z zasłużonego prowadzenia.
Po stracie gola GKS musiał szukać sposobu na odwrócenie losów rywalizacji. Nie wszystko jednak funkcjonowało po stronie gospodarzy. Na minus należało zaliczyć dotychczasowy występ Damiana Kądziora. Kapitan podejmował momentami nie najlepsze decyzje, zbyt często próbował rozwiązywać akcje indywidualnie, a jego podania nie zawsze znajdowały adresatów.
Gospodarze próbowali odpowiedzieć, ale początkowo brakowało im dokładności. W 63. minucie kolejne niedokładne zagrania utrudniały budowanie akcji ofensywnych. Po raz kolejny należało pochwalić defensywę Lechii. Szczególnie dobrze prezentował się Igor Kurowski, który skutecznie zatrzymywał próby tyszan.
Dwie minuty później kibice zobaczyli kolejną próbkę możliwości Dawida Dębskiego. Strzelec pierwszej bramki popisał się znakomitym dryblingiem, mijając aż trzech zawodników GKS-u. Następnie przedostał się w pole karne, ale w decydującym momencie stracił kontrolę nad piłką, a jego uderzenie zostało zablokowane. Była to jednak kolejna akcja pokazująca, jak duże problemy gospodarze mieli z zatrzymaniem ofensywnych zawodników Lechii.
GKS Tychy… próbował
Po tej sytuacji zrobiło się nerwowo również przy ławkach trenerskich. Doszło do spięcia z udziałem trenera GKS-u, Rene Pomsa, oraz zawodników obu drużyn. Jednym z powodów zamieszania było przypadkowe trafienie piłką szkoleniowca gospodarzy przez zawodnika Lechii. Emocje zaczynały udzielać się wszystkim, a rywalizacja nabierała również psychologicznego wymiaru.
W 69. minucie pierwszą zmianę przeprowadziła Lechia. Boisko opuścił Kuba Lizakowski, który rozegrał bardzo dobre spotkanie, również pod względem pracy w defensywie. GKS natomiast coraz wyraźniej zaczynał odczuwać presję. Gospodarze, którzy w tym sezonie nie zaznali jeszcze porażki, znaleźli się w niezwykle trudnym położeniu.
W 77. minucie stadion w Tychach wreszcie eksplodował radością! GKS doprowadził do wyrównania, a bohaterem gospodarzy został Damian Kądzior. Po dośrodkowaniu z lewej strony boiska kapitan idealnie wyskoczył do piłki i mocnym uderzeniem głową pokonał bramkarza Lechii. Tym samym odkupił część win za wcześniejsze niedokładności i przywrócił swojej drużynie nadzieję na zwycięstwo. Na trybunach zapanowała euforia, a gospodarze złapali wiatr w żagle.
Do ostatniej kropli krwi
W kolejnych minutach GKS ruszył do zdecydowanych ataków. Widać było ogromny głód zwycięstwa i chęć wykorzystania rozpędu po zdobytej bramce. Lechia zaczęła popełniać coraz więcej błędów, a jej wcześniejsza kontrola nad spotkaniem stopniowo zanikała. Tyszanie coraz częściej zamykali rywali we własnym polu karnym.
W 85. minucie gospodarze byli bardzo blisko objęcia prowadzenia. Piotr Gębala oddał groźny strzał, po którym piłka trafiła w poprzeczkę! Lechia musiała bronić się praktycznie całym zespołem, a jej zawodnicy coraz rzadziej mieli okazję do opuszczania własnej połowy. GKS wręcz bombardował bramkę gości, szukając decydującego trafienia.
W końcówce dobrze zaczęła funkcjonować również defensywa GKS-u. Lechia próbowała wyprowadzać kontrataki, jednak nie potrafiła skutecznie zagrozić bramce gospodarzy. Wszystko wskazywało na to, że spotkanie zakończy się podziałem punktów.
Sędzia doliczył cztery minuty, a GKS nadal szukał zwycięskiego gola. Tyszanie próbowali wszystkiego, aby przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Tymczasem w 92. minucie doszło do absolutnie niespodziewanego zwrotu akcji!
To Lechia Zielona Góra zadała decydujący cios! Dominik Więcek, który okazał się znakomitym zmiennikiem, wyprowadził gości na prowadzenie 2:1. Zamiast upragnionego zwycięstwa gospodarze otrzymali bolesny cios w samej końcówce. Na stadionie w Tychach zapadła cisza, podczas gdy zawodnicy Lechii rozpoczęli wielką celebrację. Więcek został bohaterem swojej drużyny i przypieczętował jedną z największych niespodzianek tej kolejki.
Chwilę później sędzia zakończył spotkanie. Lechia Zielona Góra pokonała GKS Tychy 2:1!
Podsumowanie
Podsumowując to spotkanie, można śmiało powiedzieć, że Lechia Zielona Góra zjadła taktycznie Tyszan. Tyszanom zabrakło skuteczności i brakowało prostszej gry zamiast ciągłych kombinacji. Jakość piłkarska zdecydowanie po stronie GKS-u, ale taktycznie trener Rene Poms to spotkanie przegrał.
Zawiodła też kwestia fizyczna. Ostatni mecz Tyszan w Pucharze Polski kosztował ich za dużo. Trener gospodarzy powinien przeprowadzić zmiany i dać odpocząć kilku podstawowym zawodnikom zamiast ich przeciążać.
Kontuzja Kacpra Myszkowskiego i fatalny debiut Tymoteusza Proczka to również wielki cios dla GKS-u. Chwalić można głównie wszystkich zawodników Lechii Zielonej Góry. Dobrze grali w defensywie, a w ofensywie również byli w stanie grać widowiskowo. Do tego narzucona duża intensywność od początku spotkania opłaciła się.











