Za oknem wciąż zimowa aura, więc nie musimy się gorszyć występami naszych marnych piłkarzy. W zamian za to możemy emocjonować się rozgrywkami na poziomie, Ligą Mistrzów. Cieszmy się, bo tam nie ma kto sprawić nam zawodu. Zupełnie inaczej patrzy się na to jednak w Hiszpanii.
Chyba nikogo na Półwyspie Iberyjskim i pewnie nie tylko – bo zdaje się, że w Polsce chyba też – nie dziwi to, że w Madrycie nie lubi się Barcelony. W sumie to racja, bo wiadomo, że w Katalonii wszystko mają lepsze: ciekawszy język, ładniejsze zabytki, leżą nad morzem, a ich klub ma fajniejsze koszulki. To wszystko tak denerwowało kibiców i szefostwo Realu, że przed początkiem obecnego sezonu stwierdzili, iż tak nie może być. Trzeba coś z tym zrobić! Najlepiej zaszkodźmy sobie, a potem wszystko pójdzie.
Zaczęło się od zakupów. Portfel trochę ciężki, więc co będziemy sobie żałować. Przecież nie pójdziemy do sklepu dla plebsu. W końcu trzeba pokazać Katalonii, z jakiej półki możemy brać. Bądźmy prawdziwymi mężczyznami z Kastylii! Zaraz, zaraz, kogo my tu mamy. Nie można było tym razem nie wzmocnić obrony. Albiol? On ma na imię chyba Raul. To bodajże tak samo jak nasz Raul. Można go wziąć, kibice się nie zorientują. Dobra, dość tego, przecież nie samą defensywą żyje piłka. Należało więc przejść do półek z atakiem. W pierwszej kolejności na Estadio Santiago Bernabeu powędrował Kaka. Działacze Realu muszą być wybitnymi znawcami polskiego futbolu. Może naprawdę myśleli, że kupują Kazimierza Deynę. O, jeszcze Karim Benzema, co za dziwne nazwisko. Wygląda, jakby w przeszłości obsługiwał dystrybutor benzyny. W sumie trochę gazu się przyda. Poza tym nie wypadało nie wziąć Cristiano Ronaldo. Piłkarz był już tak rozchwytywany, że nie można było nie dać tych drobnych 93 milionów dolarów (za które dałoby się wyleczyć sporą liczbę osób chorych na gruźlicę) za tak nieskazitelną umiejętność padania na boisko i wylewania łez.
No i się zaczęło. Na początku, jak zawsze, było słowo. Słowo Manuela Pellegriniego na treningach, które niedługo potem stało się ciałem. Gracze ćwiczyli, ćwiczyli, ćwiczyli. Z czasem nawet to zaczęło przynosić efekty. Tu się wygrało, tu się wygrało, tu się zdarzył remis. Liga ligą, ale trzeba wreszcie odnieść sukces w Europie. Przecież dawno madrytczycy nie triumfowali w Champions League. Dokonanie tego to nie lada wyczyn. Skoro zwyciężyło się w grupie, to niby dlaczego teraz miałoby nie wyjść. Zwłaszcza że kto był przeciwnikiem – Olympique Lyon. Co to za rywal, nic nie mógł im zrobić. W końcu zostali osłabieni brakiem benzyny, znaczy się Benzemy. Przegrać z nimi to dopiero była sztuka.
Przed finałem poprzedniej edycji najbardziej prestiżowych rozgrywek w Europie mój kolega stwierdził, iż w przypadku tego starcia jego największym marzeniem jest zobaczyć, jak Cristiano Ronaldo płacze. Gdyby oglądał potyczkę na Stade Gerland… Trener Pellegrini wystawił do boju swoje najtęższe działa. Każdy zagrał powyżej swoich możliwości. Może, gdyby bardziej zajęli się grą w piłkę niż wytykaniem sobie błędów, coś by z tego wyszło. Mało tego, któryś z graczy Lyonu przypałętał się pod bramkę Casillasa i nawet go pokonał. Co za bezczelność! Choć Real się starał, marne były jego wysiłki. Choć w sumie nie należy wieszać na nim psów. W końcu porażka z Olympique przy takim składzie to spory sukces. A im się to udało! Powinniśmy ich za to nagrodzić owacjami na stojąco. Po końcowym gwizdku można było czuć się usatysfakcjonowanym z mistrzowskiego pokazu płaczu w wykonaniu Portugalczyka.









