Mistrzostwa świata prawie przeszły do historii. Ich koniec skłania nas do pierwszych podsumowań. Z postawy piłkarzy należy wyciągnąć odpowiednie wnioski, by potem na kolejnych turniejach tej rangi nie popełnić błędów. Za wybitnych nieuków zawsze uważało się Anglików i na mistrzostwach w RPA to udowodnili.
Z czego tak naprawdę słynie Anglia, poza Big Benem, królową Elżbietą i Tonym Blairem? Większość kibiców futbolowych twierdzi, że z piłką nożną. W sumie to prawda, bo Anglia to przecież ojczyzna tej dyscypliny sportu (pomimo że wymyślili ją Chińczycy). Na Wyspach mamy w końcu największe pieniądze inwestowane w futbol, najlepszą ligę świata i najwspanialszych piłkarzy na świecie (choć ci ostatnio raczej grywają w Barcelonie). Nigdzie też nie ma tak wspaniale grających klubów. Te dosłownie zdominowały ostatnio Ligę Mistrzów. W ciągu ostatnich dziesięciu lat wygrały ją aż dwa razy, czyli tyle, co Barcelona (i Milan).

Anglia to jednak nie tylko świetni piłkarze. Jest tam również liczna rzesza uzdolnionych trenerów. To właśnie oni prowadzą swoje kluby do triumfów zarówno na krajowym podwórku, jak i szczeblu międzynarodowym. Czy zdobyć mistrzostwo na Wyspach jest sztuką łatwą? Zdecydowanie nie. Dlatego osobiście nie dziwię się, że od kiedy wprowadzono Premiership, zdobywali je: Alex Ferguson, Kenny Dalglish, Arsene Wenger, Jose Mourinho i Carlo Ancelotti. Szkoda tylko, że żaden z nich jest Anglikiem. Ba, nawet selekcjoner Fabio Capello jest Włochem. Co w tym dziwnego? W sumie nic. Wystarczyło Szweda zastąpić miejscowym, by synowie Albionu nie zagrali na Euro 2008.
Zbliżały się mistrzostwa świata w piłce nożnej w RPA. Wyspiarze już dawno nie zdobyli tego tytułu. Ostatni raz miało to miejsce w 1966 roku. Data ta nie jest zbyt trudna do zapamiętania. W końcu to jedyny triumf „Trzech Lwów” w tej imprezie i to po golu, którego nie było. No cóż, należało więc powołać na turniej jakąś kadrę. Czy to zadanie należy uznać za trudne? Bynajmniej nie. Wystarczyło wziąć tych, których grają. Jaki tu problem wybrać Anglików z Manchesteru United, w którym w podstawowej kadrze jest ich tylko dziesięciu? Reszta „Wielkiej Czwórki” nie jest lepsza. W Chelsea jest ich sześciu, w Liverpoolu sześciu, a w Arsenalu dziewięciu.
Jak Anglicy zagrali na mundialu? Wręcz rewelacyjnie! Już dawno zespół „Trzech Lwów” nie sprawił takiej radości kibicom. Szkoda tylko, że tę mieli kibice drużyn przeciwnych. Podziękowania za grę Anglików spływały z całego świata. Dziękowali im Algierczycy za umożliwienie zdobycia jedynego na mistrzostwach punktu. Podobnie postąpili Amerykanie za pozwolenia na zdobycie bramki. A najbardziej ze wszystkich wdzięczni byli Niemcy. Któż mógł im zafundować łatwiejszą przeprawę przed meczem z Argentyną niż synowie Albionu? Z całej kadry najhojniejsi byli bramkarze. Robert Green dosłownie umierał ze szczęścia, kiedy Stany wyrównały. Gracze z Ameryki Północnej sami bramki zdobyć chyba nie chcieli, lecz golkiper z Wysp pokazał, że ma serce na dłoni i dał się pokonać. David James natomiast w 1/8 finału okazał się metroseksualistą. Był gotów puścić aż cztery bramki, by nasi zachodni sąsiedzi nie popsuli mu układanej przez całą noc fryzury i makijażu.












