FJW: 64 lata z Legią Warszawa


Lucjan Brychczy człowiekiem najdłużej związanym nieprzerwalnie z polskim klubem

16 września 2018 FJW: 64 lata z Legią Warszawa

12 września 1954 roku Lucjan Brychczy pierwszy raz przywdział koszulkę Legii Warszawa. Nie do końca ówczesny 20-latek może dobrze wspominać swój debiut, bo „Wojskowi” przegrali w Chorzowie z miejscowym Ruchem 0:1. Pewnie rozpoczynając swoją przygodę z drużyną ze stolicy, nigdy nie przypuszczał, że będzie tak długo z nią związany. Jako piłkarz zapisał się złotymi zgłoskami w historii polskiej piłki. Jako trener i asystent umocnił swoją legendę w warszawskim klubie.


Udostępnij na Udostępnij na

Pewnie nie wszyscy piłkarscy kibice w Polsce zdają sobie sprawę z tego, że Lucjan Brychczy to nie jest rdzenny warszawiak. Urodził się w Nowym Bytomiu na Śląsku i tam zaczynał przygodę z piłką nożną. Parę lat temu na łamach iGol.pl w cyklu „Futbol jest wielki” opisywaliśmy karierę „Kiciego”. Odsyłamy Was do tego artykułu, aby poznać początki legendarnego polskiego piłkarza.

Legia forever

Jako piłkarz Lucjan Brychczy spędził w Legii Warszawa prawie 18 lat. Zaczynał jako 20-latek i do momentu zawieszenie korków na kołku z ekipą ze stolicy zdobył czterokrotne mistrzostwo Polski oraz czterokrotnie Puchar Polski. Również trzykrotnie zostawał królem strzelców polskiej ligi, a w całej historii naszych rozgrywek tylko Ernest Pohl zdobył od niego więcej goli (186 przy 182 zawodnika Legii). Nie są to jedyne powody, dla których pan Lucjan jest wielbiony przed kibiców obecnego mistrza Polski do dzisiaj. W latach 50. XX wieku dopiero zaczynała się historia wielkiej Legii. Węgierski trener stołecznej ekipy Janos Steiner dostał za zadanie zbudowanie silnej ekipy w Warszawie. Oczywiście do pomocy wykorzystywano powołania do wojska. Tak Brychczy trafił do stolicy.

Kici das ist Kici. Duszo rucha, gut spielt, dobra robi gol Janos Steiner cytowany przez Stefana Szczepłka w „Moja historia futbolu” tom 2

Popularny przydomek przyległ do Lucjana Brychczego dzięki węgierskiemu trenerowi. Madziar nazywał go na treningu „Kicim”, co oznaczało po węgiersku „mały”. Ogólnie Steiner zdawał sobie sprawę z klasy, jaką prezentował jeden z jego czołowych zawodników. Prowadząc rozmowy na treningach, nie miał uwag tylko do Brychczego i Pohla. Marka Legii w Polsce stawała się coraz większa, a dzięki sukcesom można było pokazać się w Europie. Podejść do przyzwoitego wyniku „Wojskowych” było kilka. Najlepszy rezultat udało się osiągnąć w sezonie 1969/1970. Wtedy to dopiero w półfinale Pucharu Europy warszawiacy ulegli w dwumeczu Feyenoordowi Rotterdam.

Mając 38 lat, Lucjan Brychczy dostał zgodę od klubu na wyjazd do Stanów Zjednoczonych i reprezentowanie barw Orłów Chicago. Jednocześnie Legia złożyła mu propozycję objęcia funkcji trenera. „Kici” skorzystał z tej drugiej opcji i do dziś jest cały czas w sztabie szkoleniowym warszawskiej ekipy. Czterokrotnie zostawał pierwszym trenerem „Wojskowych”, a w latach 70. w tej roli zdobył Puchar Polski. Mimo upływu lat do dzisiaj strzela na treningach Legii bramkarzom stołecznego klubu i bardzo często jest przez nich chwalony. Technika z wiekiem nie uciekła.

Niespełniony reprezentant

W latach 50. i 60. XX wieku reprezentacja Polski miała bardzo ciekawych piłkarzy. Niestety nie przekładało się to na wynik reprezentacji Polski, bo nie udawało się zakwalifikować naszym piłkarzom do mistrzostw świata i do mistrzostw Europy. Mimo to udało się osiągnąć kilka sukcesów, jak choćby pokonanie w Chorzowie na Stadionie Śląskim Związku Radzieckiego (2:1). Zwycięstwo było szczególne, bo miało miejsce po „polskim październiku”. Nasi piłkarze zostali także zaproszeni na otwarcie Camp Nou. Wystąpili tam nieoficjalnie jako „Warszawa”. Przegrali spotkanie z FC Barcelona 2:4, ale wtedy pierwszy raz hiszpańscy trenerzy zwrócili uwagę na Lucjana Brychczego. Zresztą pozostałych naszych zawodników również traktowano z szacunkiem, bo udowodnili swoją wartość.

Kolejne gry eliminacyjne też nie przynosiły pozytywnego rezultatu. Ale Lucjan Brychczy znowu miał okazję pokazać się hiszpańskim trenerom. Podczas meczu eliminacji do mistrzostw Europy Polska grała z Hiszpanią. Na Stadionie Śląskim przegraliśmy 2:4, ale trener rywali Helenio Herrera był pod wrażeniem umiejętności piłkarza Legii. Hiszpan chciał bardzo sprowadzić „Kiciego” na Półwysep Iberyjski i osadzić najlepiej w Realu lub Barcelonie. Niestety w tych latach nie było szans na zgodę na wyjazd reprezentanta Polski do klubu zagranicznego.

W 1960 roku reprezentacja Polski zagrała na igrzyskach olimpijskich w Rzymie. To był jedyny turniej, w jakim mógł zagrać legendarny piłkarz Legii. Niestety Polacy zakończyli rywalizację na fazie grupowej. Tak gwoli ciekawostki warto dodać, że na tej olimpiadzie złoty medal w boksie zdobył Muhammad Ali, który pokonał w finale Zbigniewa Pietrzykowskiego. Piłkarz Legii jako młody chłopiec trenował boks i może gdyby poszedł tą ścieżką, to walczyłby o olimpijskie złoto. Ale raczej „Kici” nie żałuje swojej decyzji. Lucjan Brychczy wystąpił w 58 meczach w polskiej kadrze, dla której zdobył 18 bramek. Karierę reprezentacyjną zakończył w 1969 roku, a więc tuż przed złotą erą polskiej piłki. Mimo to mógł poczuć pewną satysfakcję, oglądając Orłów Górskiego w akcji w latach 70.

Mentor Deyny

Lucjan Brychczy zakończył karierę w wieku 38 lat, ale chciał to zrobić trzy lata wcześniej po sezonie zakończonym półfinale Pucharu Europy. Do wstrzymania się z przejściem na emeryturę nakłonił go Jaroslav Vejvoda, który był ówczesnym trenerem Legii. Dlaczego Czechowi zależało na pozostaniu w drużynie „Kiciego”? Bo do warszawskiej drużyny wchodził Kazimierz Deyna. Trener „Wojskowych” widział potencjał w młodym piłkarzu i zdawał sobie sprawę, że przy tak wybitnym zawodniku jego umiejętności mogą się jeszcze bardziej rozwinąć. Lucjan Brychczy ostatni mecz w roli piłkarza rozegrał w listopadzie 1971 roku.

***

Dziś o 18:00 Legia Warszawa rozegra u siebie spotkanie z Lechem Poznań. Hit Lotto Ekstraklasy to doskonała okazja do kolejnego uhonorowania legendy warszawskiego klubu. My osobiście życzymy ciągłego zapału do pracy w Legii i trwaniu przy klubie jak najdłużej tylko się da. W związku z 64. rocznicą debiutu Brychczego w barwach „Wojskowych” zadaliśmy parę pytań Piotrowi Kamienieckiemu z Legia.net.

Lucjan Brychczy jest związany z Legią od lat 50., był jej piłkarzem i trenerem. Jak piłkarze mistrza Polski podchodzą do zajęć z panem Lucjanem? Rzadko się zdarza, aby w innych klubach trafiali na takich szkoleniowców.

W tej chwili pan Lucjan nie prowadzi już zajęć na boisku i taki stan rzeczy utrzymuje się już od kilku lat (jeśli mnie pamięć nie myli, od kadencji Henninga Berga). Kiedy jednak wychodził na plac gry, dzięki perfekcyjnie ułożonej nodze, potrafił pokonać każdego bramkarza. W połączeniu z Krzysztofem Dowhaniem tworzył zabójczy duet. Zawodnicy nie mogli nie docenić kunsztu Brychczego i zawsze mieli do niego mnóstwo szacunku. Nie inaczej jest teraz, gdy mistrz, jak przez wielu bywa nazywany, ogląda zajęcia zza linii bocznej. Zwłaszcza polscy zawodnicy doskonale znają historię „Kiciego”, doceniając szansę obcowania obok niego. Najlepszym wyrazem jest fakt, że do dziś niektórzy wciąż przytykają dłoń do odlewu ręki, która znajduje się przy wyjściu z szatni.

Czy dla warszawiaków jest już kimś więcej niż piłkarzem czy trenerem?

Trudno determinować każdego warszawiaka jako kibica Legii czy piłki nożnej w ogóle, ale dla tych, którzy interesują się losami mistrzów Polski, to żywa legenda, która już teraz zasłużyła na pomnik. To stan rzeczy, którzy utrzymuje się od dawien dawna. Lucjan Brychczy dawno dowiódł, że jest legionistą z krwi i kości, o czym sam za siebie mówi jego staż przy Łazienkowskiej.

Jak myślisz, czy obecność w drużynie Legii Brychczego wpłynęła na karierę piłkarską innej legendy klubu – Kazimierza Deyny?

Wybitne osobowości zawsze się przyciągają, a w tym wypadku mowa o najlepszych zawodnikach w historii Legii. Mogę jedynie gdybać, ale sądzę, że Kazimierz Deyna mógł podpatrywać i korzystać na obcowaniu ze znakomitym poprzednikiem.

Przy okazji urodzin czy kolejnej rocznicy debiutu w drużynie kibice Legii nigdy nie zawodzili i zawsze coś przygotowywali dla swojej legendy. Czy na mecz z Lechem też będzie coś specjalnie przygotowanego? I czy klub też planuje przed meczem jakoś oficjalnie uhonorować pana Lucjana?

Kibice Legii co mecz pozdrawiają pana Lucjana, który zawsze witany jest na stadionie owacją i pozdrawiany przez osoby zasiadające na trybunach. Nikt nie wyobraża sobie, by mogło być inaczej. Zwłaszcza gdy spojrzymy, że mimo swojego wieku Brychczy regularnie zasiada obok ławki rezerwowych stołecznej drużyny. Trudno mi jednak rozprawiać o planach fanów czy klubu. Być może pojawi się jakaś niespodzianka.

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze