Do niedawna o panu Lucjanie wiedziałem tylko tyle, że jest żywą legendą Legii Warszawa oraz drugim najlepszym strzelcem polskiej ekstraklasy. Jednakże ostatnie kilka dni, w których pogłębiałem wiedzę na temat tego człowieka, uświadomiły mi, że jest kimś więcej. Okazuje się, że bycie symbolem drużyny nie wynika jedynie z wiodącej postawy na boisku, ale też lojalności oraz oddania całego siebie klubowi. Taki był, jest i będzie Lucjan Antoni Brychczy.
Od kołyski aż po grób…
Można powiedzieć, że przygoda pana Lucjana z piłką nożną rozpoczęła się niemal od wieku niemowlęcego. Pani Brychcza – mama małego „Lucka” zawsze interesowała się piłką nożną i często chodziła z synem na spacery, przechodząc obok boiska piłki nożnej. Podczas jednego z nich wózeczek został trafiony piłką, która wyleciała z boiska. Kto by się wtedy spodziewał, że w tej kołysce smacznie spał przyszły symbol Legii Warszawa. Sam pan Lucjan twierdzi, że to był znak, że ma zostać piłkarzem.
Zanim piłka nożna, to…
Od małego Lucjan Brychczy kopał piłkę na podwórku i znacznie wyróżniał się na tle rówieśników. Mimo że odstawał od kolegów warunkami fizycznymi, był mniejszy, szczuplejszy to swoim sprytem i ponadprzeciętnymi umiejętnościami „kręcił” wszystkich na boisku. Wspaniała technika, lekkość w poruszaniu się i zwinność sprawiały, że grał sam na trzech kolegów, gdyż, jak sam twierdzi, „inaczej nie byłoby sensu”. Tego nie można wypracować na treningach, z tym trzeba się urodzić.
Zanim jednak kariera Lucjana Brychczego zaczęła iść w kierunku futbolu, pan Lucjan spróbował swoich sił w innej dyscyplinie sportu, jaką był boks. Gdy miał 11 lat, zapisał się do sekcji bokserskiej w Pogonii Bytom. Mimo niskiego wzrostu wyróżniał się dużą sprawnością fizyczną, a po tym, jak zaczął odnosić pierwsze sukcesy, zrobiło się o nim głośno w Nowym Bytomiu. Gdy ojciec, Stanisław Brychczy, dowiedział się, że mały, czarny chłopak, który się tak sprytnie bił, okazał się jego synem, w trosce o jego zdrowie zabronił mu treningów.
I wtedy się zaczęło…
Po nieudanej karierze bokserskiej koledzy zaprosili młodego Lucjana Brychczego do trenowania piłki nożnej. Oczywiście w futbolu radził sobie równie dobrze, co w boksie, dlatego też z zespołu trampkarzy szybko został przeniesiony do zespołu juniorów. Momentalnie młody „Lucek” stał się lokalną gwiazdką Pogoni Nowy Bytom, jednakże ze względu na demobilizację i skierowanie jego ojca do innego zakładu pracy cała rodzina przeniosła się do Łabęd. Zresztą tam też pan Lucjan sobie poradził. Najpierw dostał się do zespołu juniorów ŁTS Łabędy, by po zaledwie kilku treningach dostać szansę w seniorskiej drużynie tego klubu, występującego w A-klasie. Szczególną rolę w karierze Lucjana Brychczego odegrał bez wątpienia Karol Dziwisz, który pchnął go w kierunku wielkiej kariery. To Dziwisz uwierzył w talent małego pomocnika, dał mu szansę, którą podopieczny wykorzystał z nawiązką.
Co zrobił Ruch?
Stałe postępy na boisku doprowadziły do tego, że Lucjan Brychczy został zaproszony na testy do 1-ligowego Ruchu Chorzów. Tak, tego samego, który w latach 50. wiódł prym w polskim futbolu, tym samym, gdzie grał największy idol pana Lucjana, czyli Gerard Cieślik, najlepszy polski piłkarz tamtych czasów. Z pewnością było to spełnienie marzeń, ale do czasu… młody Brychczy został potraktowany w Chorzowie jak powietrze. W magazynie dali mu za duże buty, w których czuł się jak w płetwach, co z pewnością utrudniło mu pokazanie się z jak najlepszej strony. Podobno trening był katorgą i pan Lucjan marzył, aby skończył się jak najszybciej. Poczucie zlekceważenia i niedocenienia sprawiły, że fascynacja zmieniła się w zniechęcenie.











