Raków Częstochowa boryka się w ostatnich miesiącach z wieloma problemami. Ostatnie okienka transferowe, zamiast podtrzymać złotą erę pod Jasną Górą, przyniosły pasmo rozczarowań i wyraźny spadek jakości w kadrze. Obrona „Medalików”, choć do niedawna uchodziła za monolit, dziś traci najwięcej bramek w lidze. Dlaczego zespół, który jeszcze niedawno cieszył się z mistrzostwa Polski, dziś zamyka ligową tabelę? O przyczynach tego kryzysu rozmawiamy z Dawidem Jankowskim – byłym piłkarzem Rakowa oraz byłym trenerem i asystentem w sztabie szkoleniowym, który częstochowski klub zna od podszewki.
Przerwa reprezentacyjna na przełomie września i października to dla sztabów wielu ekstraklasowych zespołów moment na złapanie oddechu i dopracowanie piłkarskich detali. W Rakowie Częstochowa sytuacja jest jednak znacznie bardziej złożona. Zespół niedawno objął Tomasz Kaczmarek, przed którym stoi niezwykle trudne zadanie wydostania „Medalików” ze strefy spadkowej.
W rozmowie z trenerem Dawidem Jankowskim analizujemy błędy w budowaniu zespołu, diagnozujemy brak liderów w szatni oraz szukamy odpowiedzi na najważniejsze pytanie: czy najgorszy moment Raków ma już za sobą? Zapraszamy do lektury.
Dominik Michalski (iGol.pl): Trenerze, nadeszła przerwa na reprezentację, a Raków zamyka dziś ligową tabelę. Kibice przecierają oczy ze zdumienia. Zna Pan ten klub od podszewki. Kiedy ten projekt zaczął tak naprawdę pękać? Gdzie leży środek tego kryzysu? Czy to kwestia ostatnich tygodni, czy problem zaczął się dużo wcześniej, a jedynie wyniki to maskowały?
Dawid Jankowski: Biorąc pod uwagę okres od momentu objęcia drużyny przez Marka Papszuna, gdy grali jeszcze w drugiej lidze, jest to prawdopodobnie największy kryzys sportowy, a przypuszczam, że i organizacyjny w najnowszej historii klubu. Nawet etap pracy Dawida Szwargi, zakończony siódmym miejscem w tabeli, można w pewnym sensie uznać za pozytywny. W końcu zespół potrafił pokazać się z ciekawej strony na arenie europejskiej.
Z kolei po zdobyciu mistrzostwa Polski w sezonie 2022/23, siedząc na trybunach podczas ostatniego meczu z Zagłębiem Lubin, powiedziałem do mojego boiskowego przyjaciela, Czarka Siwego: „To koniec sukcesów Rakowa”. Akurat wtedy następowało rozstanie z trenerem Papszunem. Uważam, że to był optymalny moment na gruntowne zmiany w klubie, przy jednoczesnym zachowaniu jego specyficznego DNA. Projekt z Dawidem Szwargą nie przez wszystkich został oceniony pozytywnie, ale moim zdaniem – jeśli chcieliśmy kontynuować ten sam styl pracy – trener Szwarga powinien otrzymać więcej czasu. W przeciwnym razie należało szukać zupełnie nowego szkoleniowca i świeżego pomysłu. Tego nie zrobiono. Masz rację, drugie i czwarte miejsce w minionych sezonach skutecznie maskowały słabszą grę zespołu i nawarstwiające się problemy.
Gdyby miał Pan wskazać główną bolączkę obecnego Rakowa – co zawiodło najbardziej? Przygotowanie fizyczne, zapaść mentalna w szatni, chybione transfery, czy może przyczyn należy szukać zupełnie gdzie indziej?
Trudno jednoznacznie ocenić kwestię przygotowania fizycznego, bo nie obserwujemy drużyny od wewnątrz. Obraz z samego meczu rzadko oddaje w pełni rzeczywisty stan motoryczny. Piłkarz może w trakcie spotkania wyglądać na zmęczonego, ale wyniki testów wydolnościowych, badań czy dane z treningów mogą pokazywać coś zupełnie innego.
Podzielam zdanie prezesa Cygana, który niedawno wprost przyznał, że ostatnie dwa, trzy okienka transferowe nie wniosły do drużyny pożądanej jakości. Wyraźnie zabrakło płynności w rotowaniu kadry na poziomie adekwatnym do ambicji klubu. Największy problem widzę jednak w głowach. U części zawodników dostrzegam objawy wypalenia, z kolei u sztabu brakuje mi odwagi. Przede wszystkim do zrewidowania struktury gry czy dokonania radykalnych zmian personalnych w wyjściowej jedenastce.
Zaledwie jedno zwycięstwo w dziewięciu meczach ligowych, 21 straconych bramek, do tego pożegnanie z europejskimi pucharami po domowym rewanżu z Hajdukiem Split. Jak w ogóle można to racjonalnie wytłumaczyć? Zespół, który jeszcze do niedawna imponował taktyczną dyscypliną, dziś ma najgorszą defensywę w Ekstraklasie.
Fundamentem piłki nożnej jest powtarzalność, czasem wręcz doprowadzona do absurdu. Ponadto żelazna konsekwencja, szczególnie w obronie. Tego wszystkiego dziś w Częstochowie brakuje. Sposób, w jaki Marek Papszun egzekwował od zawodników zadania na boisku, skutkował niesamowitą jakością taktyczną i perfekcją w destrukcji. Pragmatyzm wyniesiono tam na absolutne wyżyny, a obecna kadra najwidoczniej nie jest już w stanie tego poziomu utrzymać. To wyraźny sygnał, że nadszedł czas na gruntowne zmiany. Mechanizmy defensywne po prostu przestały działać. Z przodu brakuje za to polotu po utracie takich indywidualności jak Ivi López czy Bartosz Nowak.
Niedawno pojawiła się informacja o odejściu aż trzech członków sztabu szkoleniowego, w tym trenera Jędrychowskiego, który pracował przy pierwszej drużynie od 2022 roku. Jak interpretować takie ruchy z zewnątrz? To dość zaskakujące decyzje w trakcie sezonu, nawet biorąc pod uwagę zmianę na stanowisku pierwszego trenera.
W środowisku trenerskim dostrzegam dość niebezpieczną tendencję do hermetyzacji. Pierwsi trenerzy często latami otaczają się wyłącznie stałym gronem asystentów, przenosząc ich ze sobą z klubu do klubu. W tym konkretnym przypadku Rakowa absolutnie bym się jednak nie martwił. Może wręcz wyjść to zespołowi na dobre, jeśli pojawią się nowi ludzie ze świeżym, nieszablonowym spojrzeniem na piłkę, bo tego właśnie Raków teraz potrzebuje. Sztab już zaczęto uzupełniać – dołączył asystent Serdal Güvenç. Pamiętajmy, że jednym z kluczy do sukcesów Marka Papszuna była regularna rotacja w sztabie. Każdy nowy współpracownik wnosił nową jakość i zmuszał do spojrzenia na taktykę z innej perspektywy. Sam Papszun wielokrotnie podkreślał, jak wiele czerpał od swoich asystentów i jak zmieniali oni jego postrzeganie futbolu.
W przeszłości Raków ściągał graczy anonimowych i robił z nich gwiazdy ligi. Dziś większość nowych nazwisk to bolesne rozczarowania. Co sprawia, że nowi piłkarze nie potrafią już tak gładko wejść do zespołu? Kto tu zawodzi i na co tak naprawdę stać ten skład?
W Rakowie ukształtował się specyficzny model. Każdy nowy piłkarz musiał przejść restrykcyjny proces aklimatyzacji oraz rygorystycznej adaptacji taktycznej. Przykład Iviego Lópeza, Bogdana Racovițana czy Gustava Berggrena najlepiej obrazuje ten mechanizm. Ten system „formatował” zawodników pod filozofię Rakowa i ostatecznie promował ich na czołowe postacie ligi.
Kiedyś te tryby zazębiały się jednak znacznie szybciej. W obecnej kadrze na dobrą sprawę tylko Mahir Emreli płynnie wszedł w mechanizmy zespołu. Reszta nowych wciąż szuka formy w blokach startowych. Trzeba jednak zaznaczyć, że pozytywne sygnały wysyłali już Adin Molnar czy Jerzy Napieraj. Widać za to wyraźną tendencję do opierania składu na piłkarzach o dłuższym stażu – bardziej doświadczonych i oswojonych z systemem – niż na tych nowo pozyskanych. Proces integracji przebiega w tej chwili bardzo opornie. Potencjał w zespole oczywiście jest, ale mam wrażenie, że jest to potencjał na grę w zupełnie innym stylu niż ten, do którego przyzwyczaił nas Raków Częstochowa.
Zatrzymajmy się na chwilę przy Adriano Amorimie, bo wiąże się z nim doprawdy dziwna historia. Czy klub popełnił jakiś błąd i stracił kontrolę nad własnym zawodnikiem?
Sytuacja jest z pewnością wielowątkowa. Już za kadencji trenera Tomczyka wiele mówiło się o problemach osobistych zawodnika. Niepokojące sygnały napływały także ze zgrupowania. Mówi się o poważnych kłopotach w życiu prywatnym, ale jak jest w istocie? Pełen obraz mają zapewne tylko sam piłkarz i klub. Wolałbym unikać kategorycznych osądów w sprawach, opierając się wyłącznie na nieoficjalnych doniesieniach, by nie potęgować zamieszania. Z tego co można usłyszeć, klub stara się rozwikłać tę sytuację od strony formalno-prawnej.
Dawniej Raków był synonimem stabilności. Dziś oglądamy rotację na stanowisku trenera i roszady w kadrze. Da się w ogóle, w takich warunkach, zbudować jakikolwiek automatyzm i powtarzalność?
Teoretycznie szatnia i gabinety zarządu to dwa odrębne byty, ale w praktyce w piłce nożnej oba te miejsca się łączą. Nerwowość wynikająca z braku satysfakcjonujących wyników może bezpośrednio wpływać na decyzje osób sterujących klubem. Punktem zapalnym okazało się tu odejście Marka Papszuna. Trener zakomunikował chęć podjęcia pracy w nowym środowisku, na co z kolei Raków nie był wówczas przygotowany. Przypomnę słowa samego trenera: „Niedawno chcieli mnie zwolnić, a teraz nie pozwalają mi odejść”. O szczegółach zakulisowych rozmów wiedzą tylko zainteresowane strony. Pojawiły się jednak informacje, że Papszun dowiedział się o toczących się negocjacjach klubu z Łukaszem Tomczykiem, bądź dotarły do niego sygnały o cięciach budżetu transferowego. Miało to skutkować ściąganiem zawodników niedoświadczonych, wymagających czasu na rozwój – i takich właśnie graczy ostatnio sprowadzono.
Zarządzanie klubem to nie jest prosta kalkulacja: „wyłożymy dziesięć milionów euro i automatycznie wygramy ligę”. Sukces w piłce wymaga czasu i konsekwencji. Raków mozolnie budował swój projekt od drugiej ligi pod okiem trenera Papszuna. Być może to odpowiedni moment, aby sformułować nowy plan i nowe założenia strategiczne.
Trenerze, czy nie odnosi Pan wrażenia, że dyscyplina w zespole ulotniła się wraz z odejściem Marka Papszuna? Prezes Cygan wspomniał niedawno o „obozowych marudach”. Czy ten osławiony w całej Polsce etos pracy w Rakowie wciąż istnieje?
Jest w tym pytaniu dużo prawdy. Raków w erze Papszuna utożsamiany był z żelazną dyscypliną i etosem ciężkiej pracy. Trener często wspominał anegdotę o tym, jak piłkarzom wydawało się, że na treningu mają się tylko dobrze bawić. Papszun zestawiał to z obowiązkami ekspedientki w supermarkecie. Gdy zawodnicy proponowali luźną grę w „dziadka”, pozwalał im na to… dwie godziny przed właściwym treningiem. Podczas sesji musieli już realizować jego rygorystyczny plan.
Ale czy zmiana szkoleniowca zwalnia zawodników z profesjonalizmu? Absolutnie nie. To jest ich praca. Obowiązkiem piłkarza jest dawać z siebie wszystko na każdym treningu i w każdym meczu – dla klubu, dla kibiców, dla siebie. To jest wymóg bezwzględny, niezależnie od tego, kto akurat prowadzi zespół.
Zerkając na to, co buduje się w Legii – gdzie wyniki mówią same za siebie – czy to nie ostateczny dowód na to, że to unikalna metodyka pracy Marka Papszuna była fundamentem tamtych sukcesów Rakowa?
Nie ulega wątpliwości, że synergia między Markiem Papszunem a Michałem Świerczewskim stworzyła mieszankę wybuchową, w najbardziej pozytywnym sensie. Trzeba jednak oddać, że trener otrzymał w Rakowie optymalne warunki do pracy. Miał dosłownie wszystko, czego potrzebował. Proces budowy drużyny przebiegał błyskawicznie. Potrafiono sprowadzić gracza, pożegnać się z nim po zaledwie pół roku i wymienić go na innego.
Kluczowy jest jeszcze jeden aspekt. Papszun chciał i potrafił kontrolować obszary wykraczające daleko poza murawę. Pamiętam sytuację, gdy wspólnie graliśmy w siatkonogę. Do trenera podszedł pracownik z pionu organizacyjnego, raportując postępy w sprawach absolutnie niezwiązanych ze szkoleniem. Marek Papszun funkcjonował de facto jako menedżer w stylu angielskim. Posiadał realny wpływ na organizację całego klubu. I być może w tym zaufaniu i wolnej ręce tkwił sekret sukcesu.
Podobny model stosował zresztą w zarządzaniu sztabem. Eksploatował asystentów do granic możliwości, po czym wymieniał ogniwa, poszukując nowych bodźców i pomysłów, zamiast bazować na tych samych osobach przez lata. Precyzyjnie delegował zadania i bezwzględnie egzekwował ich wykonanie. Trener Szwarga przyznał kiedyś, że po objęciu funkcji pierwszego trenera brał na siebie zbyt wiele obowiązków szkoleniowych. Papszun również brał na siebie ogromną odpowiedzialność, ale działał w ujęciu makro, zajmując się całościową strategią.
Raków to aktualnie „czerwona latarnia” rozgrywek. Kibiców nurtuje jednak najważniejsze pytanie: czy dno zostało już osiągnięte, czy ten największy wstrząs wciąż przed nami? Jaka jest Pana opinia?
Niestety obawiam się, że najtrudniejszy okres dopiero przed drużyną – choć z całego serca wolałbym się mylić. Zbyt wiele negatywnych sygnałów płynie teraz z wewnątrz klubu. Wspomniałeś słowa prezesa Cygana. Oglądając ostatnie konferencje właściciela, Michała Świerczewskiego, również odniosłem wrażenie, że pojawił się u niego kryzys wiary. Brak awansu do fazy pucharowej europejskich rozgrywek mocno uderza w finanse. Należy oczywiście wierzyć, że złota era Rakowa nie dobiegła końca, że uda się wypracować i skutecznie wdrożyć nowy pomysł na klub. Być może Raków przyzwyczaił swoich kibiców – i samych siebie – do walki o najwyższe cele, przez co rola ligowego średniaka jest teraz trudna do zaakceptowania. Niewykluczone jednak, że do tej nowej rzeczywistości trzeba będzie się przystosować.
Jakie w takim razie konkretne działania musi natychmiast podjąć trener Kaczmarek, żeby wyciągnąć zespół z dołka?
Trener Kaczmarek znalazł się w położeniu nie do pozazdroszczenia. Można było wyczytać między słowami z jego ostatniej pomeczowej wypowiedzi, że nie zdawał sobie sprawy ze skali problemu, dopóki nie wszedł do szatni. Będąc wewnątrz struktur, musi się z tym zmierzyć. Zarząd oczekuje wyników, kibice również. Klub przyzwyczaił wszystkich do wygrywania. Z drugiej strony otrzymujemy komunikaty o potrzebie ogrywania młodzieży i czerpania z modelu Jagiellonii Białystok, o czym wspominał sam Michał Świerczewski, z tego co pamiętam, jeszcze przy okazji zatrudniania Łukasza Tomczyka. Z jednej strony jest presja na tu i teraz, z drugiej zaś, wizja długofalowej transformacji.
Czy uda się połączyć jedno z drugim? Miejmy nadzieję. Wymaga to jednak ogromnych nakładów cierpliwości. Trener zakomunikował wprost, że w obecnym kryzysie ratunku trzeba szukać w doświadczeniu. Być może jednak przełamanie przyszłoby ze strony młodych, „głodnych” graczy, jeśli tylko otrzymaliby odpowiedni margines zaufania i czas na boisku. Szkoleniowiec ma przed sobą naprawdę twardy orzech do zgryzienia.
Przyglądając się obecnej, rozbitej drużynie – czy dostrzega Pan w niej jakichkolwiek liderów? Czy w zespole ostał się ktoś, kto potrafiłby rzucić mocnym słowem, wstrząsnąć szatnią i poderwać zespół do walki, gdy gra się nie układa?
Zwróciłeś uwagę na fundamentalną sprawę, na przywództwo. Na boisku potrzebujemy dwóch typów liderów: tych, którzy ciągną grę umiejętnościami czysto piłkarskimi, oraz przywódców mentalnych. Ivi, Koczerhin, Berggren – oni byli liderami sportowymi. Arsenić, Petrášek, Niewulis – to byli prawdziwi przywódcy mentalni. Tak sprofilowanych graczy dzisiaj w Rakowie nie widzę.
Owszem, jest Patryk Makuch, który w każdym spotkaniu zostawia na murawie mnóstwo zdrowia, demonstruje świetne nastawienie i zaangażowanie, co przekłada się u niego na konkrety w postaci goli i asyst. To jednak zbyt mało, jak na kryzys tej skali. Aby wyciągnąć drużynę z tego marazmu i skierować ją na właściwe tory, zespół potrzebuje przynajmniej trzech, czterech graczy o takim wpływie na resztę zespołu, jakiego dawali wspomniani wcześniej liderzy.
Czas pokaże, czy przy Limanowskiego uda się szybko odbudować dawne struktury i mentalność zwycięzców, o której dziś mówiliśmy. Trenerze, dziękuję za świetną rozmowę i poświęcony czas.
Dziękuję bardzo! Pozdrawiam wszystkich kibiców.











