Messi wszystko psuje, Leo wypacza nasze pojmowanie futbolu. Teraz na wszystkich patrzymy przez pryzmat Argentyńczyka, każdego z nim porównujemy i każdy to porównanie przegrywa. Ta niepokojąca praktyka osiągnęła punkt kulminacyjny kilka dni temu, gdy „As” napisał, że Raul strzelił gola a la Messi. Już nikt nie pamięta, że „El Siete” takie bramki zdobywał też w czasach, gdy Leo sposobił się do pójścia do pierwszej klasy podstawówki. Największą ofiarą Argentyńczyka nie jest jednak „El Capitan”. Największą ofiarą jest Cristiano Ronaldo.
Pytania o to, kto jest lepszy – Argentyńczyk czy Portugalczyk – są coraz rzadsze. Każdy wie, że to snajper Barcelony dzierży palmę pierwszeństwa, to on dokonuje rzeczy niezwykłych, to on jest na najlepszej drodze do odebrania Pelemu tytułu króla futbolu. Messi nami zawładnął, patrzymy na świat przez pryzmat Messiego. Oglądamy mecz Athleticu i myślimy o Messim. Podziwiamy gole Aguero i asysty Silvy, myśląc o Messim. Ciągle porównujemy, ciągle szukamy punktów odniesienia, podobieństw, różnic, najmniejszego drobiazgu, który zaspokoi ten wewnętrzny głos mówiący, że żeby być dobrym piłkarzem, trzeba być jak Leo.
Cristiano strzelił właśnie swojego 40. gola w tym sezonie La Liga. Do końca rozgrywek zostało jeszcze sześć meczów. Portugalczyk jest przed Argentyńczykiem, bo w środę dokonał wyczynu, jakiego kibice Realu nie widzieli od pół wieku – skompletował hattricka na stadionie Atletico. W historii europejskiego futbolu tylko dziewięciu piłkarzom udało się strzelić 40 i więcej goli w jednym sezonie. Tylko jeden dokonał tego dwa razy i to z rzędu. Absolutny rekord wynosi 47 bramek. Jeśli Portugalczyk utrzyma obecne tempo pokonywania bramkarzy, to zatrzyma się na 48. Liczby absolutnie kosmiczne. Gdyby nie Messi, mówilibyśmy, że Cristiano to być może najlepszy gracz w historii. Teraz nawet nie zwracamy uwagi na to, co ten facet robi.
A robi naprawdę sporo. Mniej więcej w co drugiej kolejce bije jakiś rekord. Ostatnio stał się piłkarzem z największą liczbą goli strzelonych na wyjazdach w ciągu jednego sezonu (20) i zawodnikiem z największą liczbą hattricków w jednej kampanii La Liga (siedem). Ronaldo pisze od nowa historię Primera Division, bijąc rekord za rekordem. Pod naporem jego gigantycznych umiejętności padają niesamowite statystyki z czasów, gdy mecz zakończony wynikiem 8:5 nie był niczym dziwnym. Cristiano sprawia, że legendarni goleadorzy, tacy jak Zarra, „Quini” czy Amancio, stają się przeciętniakami. Portugalczyk jest być może najlepszym strzelcem w historii futbolu. Najbardziej wszechstronną, najdoskonalszą maszyną do zdobywania bramek. Strzela obiema nogami, strzela głową, strzela z rzutów wolnych, bezbłędnie wykonuje „jedenastki”, wykańcza akcje indywidualne i zespołowe kontrataki. Gdy drużynie nie idzie, on jednym uderzeniem (Hiszpanie nazywają te atomowe strzały meteorytami – ładnie) odmienia wszystko. Jest bezbłędny, precyzyjny, chirurgicznie dokładny. Jest personifikacją futbolowej doskonałości. I już na zawsze pozostanie w cieniu Messiego.
Wiemy, że na naszych oczach rozgrywa się jakiś niesamowity wyścig, który w normalnych warunkach wstrząsałby posadami świata. Ale teraz nic się nie dzieje. Obaj strzelają, raz jeden jest z przodu, raz drugi, ale to wszystko jest takie beznamiętne, pozbawione emocji. Co by się nie stało, wygra Messi. Jeśli za miesiąc obaj będą mieli po 48 goli, to my wzruszymy ramionami i przejdziemy nad tym do porządku dziennego.










