Przewidywanie wyników naszej ekstraklasy pozostawić trzeba specjalistom pokroju wróżbity Macieja, bo powoływanie się na jakiekolwiek logiczne argumenty mija się z celem. Ostatnie wyniki Cracovii i Lechii tylko potwierdzają tę tezę. Wskazanie faworyta jutrzejszego starcia, biorąc pod uwagę dyspozycję obu ekip w minionych tygodniach, wydaje się niemożliwe.

Ostatni tydzień w Krakowie wszyscy najchętniej szybko puściliby w niepamięć. Rozpoczął się od wyjątkowo bolesnej porażki z Lechem Poznań (1:6), by zakończyć się szalonym meczem z Ruchem Chorzów, również przegranym (2:3). Piłkarze Wojciecha Stawowego nie wygrali od października, w ostatnich czterech spotkaniach zdobywali zaledwie punkt. Przyznać trzeba jednak, że ostatnimi czasy „Pasy” prześladuje pech. Cztery słupki Boljevicia w meczu z Lechem czy wyjęte z Monty Pythona przygody Kosanovicia w starciu z Ruchem (dwie bramki, sprokurowany rzut karny, samobójcze trafienie) faktycznie mogą deprymować. Wojciech Stawowy musi szybko zmobilizować drużynę pod względem mentalnym, inaczej górna połówka tabeli może się od niej niebezpiecznie oddalić.

Przed podobną wizją stoi Lechia. Obecnie traci zaledwie dwa punkty do ósmego Piasta, ale porażka w starciu z Cracovią mogłaby ugruntować gdańszczan w dolnej części tabeli. Po wyjątkowo bolesnej porażce z ostatnim Podbeskidziem (1:3) wydawało się, że piłkarze Michała Probierza rozpoczną marsz w dół klasyfikacji, jednak ta przegrana zmobilizowała zawodników z Pomorza. Remis z Ruchem i szczęśliwe zwycięstwo nad Jagiellonią w Białymstoku (w wygranej duży udział miał piłkarz białostoczan, Ugo Ukah, który sprezentował bramkę „Biało-zielonym”) spowodowały, że Lechia zdaje się mieć jeszcze coś do powiedzenia. Jednak jak to w TME – nie da się przewidzieć, jak potoczy się jutrzejsze starcie.













