Chelsea dzisiaj nie zawiodła swoich fanów. Zawodnicy Thomasa Tuchela wzięli rewanż na klubie z centralnej części Anglii. Spotkanie zakończyło się wynikiem 2:1 dla drużyny gospodarzy, co zaowocowało awansem „The Blues” na trzecie miejsce w klasyfikacji Premier League.
Dzisiaj triumfował zespół, który był pod każdym względem lepszy. Chelsea zwyczajnie zdominowała Leicester City. „The Blues” już w pierwszej połowie byli drużyną znacznie przeważającą, co znalazło swoje przełożenie w drugiej części spotkania. „Lisy” zaczęły grać na miarę oczekiwań dopiero w ostatnim kwadransie meczu, a więc nie ma nic dziwnego w tym, że nie zdołali doprowadzić do remisu.
Ten mecz należał do kategorii spotkań, wobec których po prostu nie można przejść obojętnie. W końcu było to starcie między Chelsea a Leicester City, czyli pojedynek czwartej i trzeciej siły Premier League. Oba kluby przed tą kolejką dzieliły zaledwie dwa punkty.
Smaczku mógł dodawać fakt, że kilka dni temu miała miejsce konfrontacja tych samych ekip, tyle że w finale FA Cup. Górą wówczas okazali się piłkarze Brendana Rodgersa. Chelsea zatem oprócz zainkasowania trzech oczek miała dodatkową mobilizację, aby zwyciężyć w tej rywalizacji.
Brendan Rodgers podjął odważną decyzję
Szkoleniowiec gości pokazał po raz kolejny, że potrafi zaskoczyć. Posadził na ławce najlepszego strzelca Leicester City w ostatnim czasie – Kelechiego Iheanacho. Była to dość kontrowersyjna decyzja, lecz z jednej strony zrozumiała. Nigeryjczyk zaliczył mocno przeciętny występ w już wspomnianym finale Pucharu Anglii.
Chelsea już na samym początku potrafiła zagrozić bramce „Lisów”. Co prawda żaden z ataków „The Blues” w pierwszym kwadransie tego starcia nie skończył się golem, ale to właśnie podopieczni Thomasa Tuchela byli ekipą przeważającą. Kibice drużyny gości nie raz mogli odetchnąć z ulgą w tym spotkaniu, ponieważ zawodnicy z niebieskiej części Londynu naciskali na ich ulubieńców coraz bardziej.
Bramka dla gospodarzy wydawała się kwestią czasu, a okazja na takową mogła się nadarzyć już w 19. minucie. Jednak tylko „mogła”, ponieważ Mike Dean nie dopatrzył się dość wyraźnego faulu na Timo Wernerze.
Nerwy niemieckiego napastnika zostały naruszone po raz kolejny i to zaledwie kilka minut później, bowiem arbiter spotkania nie uznał zdobytej przez snajpera Chelsea bramki. Tym razem ta decyzja nie podlegała żadnej dyskusji. Niemiec był zwyczajnie na wyraźnym spalonym.
Chelsea zdominowała Leicester City
Leicester City we wczesnej fazie gry nie potrafiło stworzyć żadnej groźnej sytuacji pod bramką swoich rywali. To mogło z pewnością frustrować fanów klubu, który w 2016 roku sięgnął po krajowe mistrzostwo. Chelsea w pierwszej połowie była o wiele lepszą drużyną od mocno przeciętnej, a momentami wręcz słabej ekipy „Lisów”.
Szansę na udowodnienie swojej przewagi gracze „The Blues” mieli w 35. minucie. Po raz kolejny piłkę do siatki wpakował dzisiaj pechowy Timo Werner. Dlaczego pechowy? Ponieważ trafienie po raz kolejny nie zostało uznane, tym razem z powodu zagrania przez Niemca piłki ręką.











