Sezon 2017/2018 nieuchronnie zbliża się do mety. W końcowym etapie rozgrywek część drużyn myślami jest już na wakacjach, resetując głowy przed kolejnymi zmaganiami, inni do samego końca walczą o realizację założonych celów. Niedzielna seria gier przedostatniej kolejki Premier League, która stała niestety w cieniu przykrych doniesień na temat stanu sir Alexa Fergusona, przyniosła mecze mające wpływ na ostateczny kształt ligowej tabeli.
Ostatni raz na Emirates Stadium
Od dwóch tygodni jesteśmy świadkami pożegnania Arsene’a Wengera z Arsenalem. Francuz rozegrał w ostatnim czasie swój ostatni derbowy mecz oraz ostatnie starcie w europejskich pucharach jako menedżer „Kanonierów” Dziś przyszedł czas, aby pożegnać się z trybunami Emirates Stadium.
Końcówka sezonu dla kibiców Arsenali nie ma już żadnego znaczenia. Nadzieją na uratowanie katastrofalnego sezonu były oczywiście rozgrywki Ligi Europy. W ubiegły czwartek podopieczni Wengera nie pokazali oczywiście niczego nowego, do czego przyzwyczaili w bieżącej piłkarskiej kampanii, zasłużenie przegrywając w dwumeczu z Atletico Madryt. Nic zatem dziwnego, że w północnym Londynie z niecierpliwością wyczekują nadchodzącego lata, które wreszcie przyniesie szereg zmian w drużynie.
Dzisiejszy mecz w najlepszy możliwy sposób odzwierciedla zjazd, jaki zaliczył Arsenal na przestrzeni ostatnich dwóch sezonów. Emirates Stadium — piłkarski dom Arsene’a Wengera, bez którego ten obiekt nie miałby prawa istnieć — był świadkiem pojedynku gospodarzy z Burnley o szóstą lokatę w tabeli. Smutne to, lecz prawdziwe. Można powiedzieć, że podopieczni Sean’a Dyche’a i tak nie mieli dużych szans na zakończenie sezonu nad ich dzisiejszym rywalem. Przed „Kanonierami” wciąż jeszcze zaległy mecz z Leicester. Nie zmienia to jednak faktu, że Wenger zupełnie inaczej widział zapewne swoje pożegnanie z piłkarską areną, do powstania której w znacznym stopniu się przyczynił.
Jeśli chodzi o boiskowe wydarzenia, Arsenal po raz kolejny udowodnił, że grając u siebie jest zupełnie inną drużyną, aniżeli występując w delegacji. Zawodnicy urządzili mu najlepsze możliwe pożegnanie, gromiąc Burnley 5:0. Na wszelkie podsumowania kariery Francuza w Londynie znajdzie się miejsce w osobnych tekstach. W tym miejscu, abstrahując od niezliczonych kompromitacji Wengera oraz błędnego kierunku, jaki obecnie obrał Arsenal, za całokształt można napisać jedno: Merci Arsene!











