Niespodzianek w grupie F nie było, swoje mecze wygrały Chelsea Londyn i Olympique Marsylia. Może jednak zaskakiwać, iż przegrani dzisiejszego wieczoru potrafili tylko raz pokonać bramkarza rywali, zaś sami wyciągali piłkę z siatki w sumie aż 11 razy.
Chelsea zgodnie z planem

Pierwsza połowa na Stamford Bridge mogła trochę zaskoczyć zebranych na trybunach fanów Chelsea. Przyzwyczajeni, iż ich pupile na własnym boisku rozjeżdżają walcem każdego rywala, nie spodziewali się, że przyjezdni z Moskwy nawiążą równorzędną walkę. Jednak nie przełożyło się to na wysoki poziom gry i akcje podbramkowe. Najlepszą okazją dla Spartaka był strzał Aidena McGeady’ego z 8. minuty, lecz Szkot pomylił się o pół metra. Chelsea odpowiedziała potem kilkoma uderzeniami z dystansu, ale wszystkie mijały swój upragniony cel. Pod koniec połowy w świetnej sytuacji znalazł się obrońca „The Blues”, Alex, jednak po wykonanym rożnym przeniósł piłkę nad poprzeczką z kilku metrów. Na usprawiedliwienie Brazylijczyka można powiedzieć, że nie była to komfortowa pozycja do strzału. Wtedy także swoje zawrotne tempo zaczęli narzucać gospodarze, zapowiadając tym samym co będzie dziać się po przerwie.
Rzeczywiście, po powrocie na boisko podopieczni Carlo Ancelottiego rozpoczęli swoją dominacją i na efekty nie trzeba było właściwie czekać. W 49. minucie Kalou zrobił zwód i bez zastanowienia podał do Anelki, a ten jak ma to w zwyczaju pokonał bramkarza rywali. Po godzinie gry było już 2:0. Tym razem na lewym skrzydle popisał się swoimi umiejętnościami Drogba, nie pozwalając się zatrzymać obrońcom jak tylko przez faul. Skończyło się na karnym, którego bezlitośnie wykorzystał poszkodowany. Jednak to nie był koniec, gdyż w 66. minucie swoją pierwszą bramkę w spotkaniu strzelił Ivanović, wykorzystujący dośrodkowanie Drogby z wolnego. Pociąg z napisem „The Blues” wciąż gnał, zaś Rosjanie nie mieli żadnego sposobu, by go zatrzymać. Dopiero cztery minuty przed końcem angielskiego potwora ugodził Nikita Bażenow, osładzając swoim fanom gorycz porażki. Jednak zraniona Chelsea nie chciała skończyć meczu w ten sposób. Strata gola tylko podjudziła zawodników w niebieskich koszulkach i w doliczonym czasie gry strzelili oni czwartą bramkę w meczu, a jej autorem został Ivanović. Chelsea ponownie wygrywa i ponownie w wielkim stylu. Tym zwycięstwem zapewniła sobie także awans do następnej rundy.
Kanonada na Słowacji











