1010 – tyle dni temu Śląsk Wrocław wygrał spotkanie z Wisłą Kraków na własnym stadionie. Co by nie mówić, kawał czasu, który w normalnych okolicznościach premiowałby drużynę gości, ale nie tym razem. Kształt „Białej Gwiazdy” podczas obecnego sezonu ekstraklasy przypomina bowiem bardzo chwiejną konstrukcję, której niewiele brakuje do upadku. Innymi słowy, przed WKS-em pojawiła się dogodna szansa, by przełamać niemoc przeciwko ekipie z Krakowa i po prostu wygrać spotkanie.
Dwa bieguny, ale tylko w teorii. Wbrew pozorom Wisła Kraków nie jawiła się jako chłopiec do bicia z prostego powodu: nowy trener. Bo po tym, jak ową rolę w klubie przejął Artur Skowronek, śmiało można było użyć terminu pt. „czysta karta”. Jej pojawienie się poniekąd kazało myśleć, że seria siedmiu porażek w ekstraklasie odejdzie w zapomnienie, a Śląsk Wrocław będzie pierwszą ekipą na drodze do „lepszego jutra”. Kluczową przeszkodą w owym zamiarze był jednak fakt, że gospodarze przed dzisiejszym wieczorem dzierżyli w swoich rękach tytuł niepokonanych na własnym stadionie (od 1. kolejki).
Kuba Błaszczykowski wrócił jako ratownik, ale bezskutecznie
Śląsk Wrocław rozpoczął spotkanie z Wisłą Kraków właściwie tak jak każde w obecnej kampanii PKO BP Ekstraklasy we Wrocławiu. Z nałożeniem wysokiego pressingu od pierwszej sekundy, czyhaniem na błąd przeciwnika i konstruowaniem szybkich ataków na obu skrzydłach. Owa taktyka zazwyczaj przynosiła wymierne efekty, ale tym razem ofensywne zakusy Śląska skończyły się tylko na napędzeniu strachu. I jak słynne porzekadło piłkarskie dowodzi, niewykorzystane sytuacje lubią się mścić.
5. minuta meczu, próba wślizgu Wojciecha Golli na skraju pola karnego i… rzut rożny, który kilka minut później przerodził się w rzut karny po decyzji systemu VAR. Do jego wykonania podszedł nie kto inny jak Kuba Błaszczykowski powracający po dwumiesięcznej pauzie z powodu kontuzji. I gol! Pierwszy w tym sezonie, ale co niepokojące, powrót kapitana zespołu na murawę nie sprawił, że „Biała Gwiazda” zaprezentowała się lepiej. Ba, wciąż można mówić o pewnym marazmie, którego fakt istnienia nie podlega wątpliwości nawet wówczas, gdy Wisła strzela bramkę. To wciąż mocno ranione zwierzę, które nie dość, że akurat dzisiaj trafiło na osłabionych wrocławian, to jeszcze zyskało nowe pokłady determinacji. Rzecz jasna za sprawą nowego szkoleniowca.
Wracając do gola strzelonego przez Błaszczykowskiego, należy zauważyć, że był on wyjątkowy nie tylko dla samego zawodnika. Dlaczego? Otóż Śląsk Wrocław przed dzisiejszym starciem z Wisłą jedynie raz stracił bramkę jako pierwszy (we Wrocławiu), więc do tego stanu rzeczy nie był przyzwyczajony.











