Jak mówi stare dobre przysłowie, fortuna kołem się toczy. Jedni wylewają łzy szczęścia, inni płaczą, że ich przygoda dobiegła już końca. Norwegowie z Erlingiem Haalandem na czele zapewnili sobie awans do kolejnej fazy turnieju kosztem wielkiej Brazylii. Brutalnie pozbawieni złudzeń „Canarinhos” wracają do Rio ze spuszczonymi głowami. Co zawiodło pięciokrotnych mistrzów świata?
Już przed startem turnieju mówiło się sporo o Brazylijczykach. Przyzwyczajeni do rozgłosu piłkarze tym razem musieli mierzyć się z falą negatywnych opinii i komentarzy. Szczególnie ze strony swoich własnych kibiców. W echu niecichnących kontrowersji dotyczących powołania Neymara, wielkiej gwiazdy brazylijskiej piłki, cała reprezentacja musiała przygotować się do walki o mistrzostwo. Mimo że nie była stawiana w roli jednego z największych faworytów, to wciąż jest to Brazylia. Zespół, którego nie warto lekceważyć. Kibice zawsze będą oczekiwać najwyższych laurów i sukcesów. Jednak wstydliwa passa ciążąca na zespole Ancellotiego, która nie pozwala osiągnąć czegoś więcej na wielkich turniejach, dopadła ich i tym razem.
Wolny start brazylijskiej lokomotywy
Niecichnące głosy wokół postaci Neymara nie pomogły mu w szybkim powrocie do gry. Zawodnik, o którym więcej w ostatnim czasie mówi się w kontekście opuszczonych minut z powodu kontuzji, nie zdołał być przez sztab postawiony na nogi już na pierwsze spotkania mundialu. Po ogłoszeniu przeciwników Brazylii na mistrzostwach świata eksperci pozostawali jednak sceptyczni. Nie warto lekceważyć słabszego na papierze rywala, bo można się sparzyć. O ile przeciwnicy pokroju Haiti czy Szkocji nie stanowili wielkiego zagrożenia, o tyle czwarty zespół ubiegłego mundialu, Maroko, to już nie były przelewki. Powszechnie wiadome jest, że to właśnie pierwszy mecz nadaje narrację na resztę turnieju i jest niezwykle ważny, żeby zacząć z wysokiego C.















