Już w pierwszy dzień Ligi Mistrzów jesteśmy świadkami „polskiego” meczu. W Dortmundzie Borussia z Piszczkiem i Lewandowskim w składzie podejmują londyński Arsenal z Szczęsnym w bramce. Zawody skończyły się sprawiedliwym wynikiem 1:1, bo żadna z ekip nie zasłużyła na porażkę.
Mecz od pierwszych minut prowadzony był w bardzo dobrym tempie. Obie ekipy bardzo chętnie prowadziły szybkie akcje ofensywne, by jak najprędzej otworzyć wynik spotkania. Pierwsi do dogodnej okazji doszli goście z Londynu, którzy na samym początku przejęli nieco inicjatywę. W 5. minucie szansę na pokonanie Weidenfellera miał dość przypadkowo Gervinho. Golkiper „BVB” zachował się jednak bardzo mądrze, wychodząc z bramki, i reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej miał za mało miejsca, by wykończyć tę akcję.

Gospodarze odpowiedzieli błyskawicznie, gdyż już z pierwsza wyprowadzona kontra była wielką szansę na zdobycie gola przez Kevina Grosskreutza. Niemiec otrzymał w polu karnym bardzo dobre podanie od Lewandowskiego, ale zamiast oddać piłkę partnerowi skierował, ją w stronę bramki bardzo niecelnie.
Ta sytuacja bardzo rozochociła podopiecznych Jürgena Kloppa i co rusz wyprowadzali oni niezwykle niebezpieczne kontry. Najlepszą okazję zmarnował Shinji Kagawa. Piłkarz, jedna z rewelacji poprzedniego sezonu Bundesligi, otrzymał cudowne podanie za linię obrony i gdyby zachował trochę zimnej krwi, to bylibyśmy prawdopodobnie świadkami pierwszego trafienia. Japończyk zamiast spokojnie przyjąć piłkę, bo w bramce pozostał reprezentant Polski, to od razu uderzył i skończyło się dużym pudłem.
Po pierwszym kwadransie żywiołowej gry Borussii, Arsenal nieco uspokoił się i rozpoczął atak pozycyjny, na który niemiecki klub był przygotowany. Klopp uznał chyba, że oddanie piłki przeciwnikowi i ewentualne szybkie kontry po odebraniu jej będą odpowiednią taktyką na utytułowanego rywala. Zaś gracze Arsene’a Wengera nie byli w stanie ani na chwilę złapać swojego rytmu, będąc z niego regularnie wybijanym. O ile utrzymanie się przy futbolówce nie było problemem, to już rozgrywanie na dwudziestym metrze było wręcz niemożliwe dla gości.
Nie można nie powiedzieć w tym miejscu o fantastycznej wręcz okazji naszego polskiego snajpera z Borussi. Robert Lewandowski minął już Szczęsnego i skierował piłkę do siatki. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie odpowiednia asekuracja obrońców londyńskich.
Realną zaś szansę na zmianę wyniku po drugiej stronie boiska „Kanonierzy” uzyskali dopiero po pół godzinie gry. Nieco zaspała obrona mistrza Niemiec, która pozwoliła urwać się Robinowi Van Persiemu. Holender skleił sobie piłki i uderzył z półwoleja, ale końcówkami palców Weidenfeller wybił na rzut rożny.









