Wielkimi krokami zbliża się finał Ligi Mistrzów, w którym zobaczymy FC Barcelona i Manchester United. Jak będzie przebiegało to spotkanie? Który z piłkarzy przechyli szalę zwycięstwa na korzyść swojej drużyny? O opinię zapytaliśmy jednego z najpopularniejszych dziennikarzy sportowych w Polsce – Mateusza Borka.
Który zespół wywarł na Panu większe wrażenie w tegorocznej edycji Ligi Mistrzów, Barcelona czy Manchester?
Oba zespoły mi zaimponowały. Wydaje mi się, że i Barcelona grała piłkę suwerenną i pewną, i Manchester United pokazał w tym sezonie jakiś taki powiew świeżości. Ta drużyna dzisiaj cały czas wygląda na głodną sukcesów, jest dobra fizycznie. Wydaje mi się, że paradoksalne jest to, że jeden z najlepszych piłkarzy świata, mam tutaj na myśli Cristiano Ronaldo, odchodząc z tej drużyny, spowodował, że jest ona dzisiaj bardziej kompletna jeśli chodzi o dyscyplinę grania. Kiedyś było czytelne, że gra ułożona jest pod Ronaldo. Natomiast dzisiaj wydaje mi się, że jego odejście spowodowało, że drużyna gra bardziej kolektywnie. Pojawiło się kilka nowych twarzy, grupa ma kręgosłup, ma fundament i odpowiedzialność za wynik rozkłada się na kilku zawodników.
Można powiedzieć, że stali się zespołem…

Wiadomo, zawsze był to zespół. Natomiast dzisiaj wydaje mi się, że i taki Valencia, i Chicharito, i Rooney, i doświadczony Giggs, i Vidić, oni wszyscy czują się tak samo odpowiedzialni za wynik. Wcześniej było jednak troszeczkę takie myślenie, że nawet jak nam nie do końca wyjdzie, to mamy Cristiano i on to powinien za nas załatwić.
Jak według Pana będzie przebiegało to spotkanie? Barcelona zdominuje rywala czy może filozofia gry Manchesteru okaże się skuteczna?
Nie jestem Copperfieldem, nie podejmuję się opisania mojego scenariusza tego finału. Finał to jest zawsze jeden mecz. Wiadomo, że nie chodzi w tym spotkaniu o piękno, tylko o to, żeby coś postawić w galerii klubowej. Zasadniczo, w sporcie zawodowym na najwyższym poziomie, ten drugi, czy to się komuś podoba, czy nie, nie ma prawa bytu. I oba zespoły zdają sobie sprawę, że po to rozegrały wiele meczów w tym sezonie, żeby wyjść tego 28 na Wembley, zrobić swoje i wznieść puchar. Ja się nigdy nie obrażam na drużyny grające w finale, że mecz jest brzydki, nie do końca jest taki, jak sobie wymarzyli kibice, bo oni pewnie by chcieli 5:4 albo 4:3. Natomiast nie ma co się obrażać na rzeczywistość, tylko trzeba żyć bardziej energetyką, emocjami wynikającymi z finału i nawet zachwycać się destrukcją, taktyką, umiejętnościami neutralizacji jakichś atutów rywala. Tak że ja się nigdy nie obrażam na poziom finału i na to, jak wygląda mecz, bo po prostu obie drużyny zdają sobie sprawę, że to jest tylko jedno spotkanie i nie będzie już możliwości nadrobienia tego. To nie jest sezon, że jak przegrasz w 3. kolejce, to nadrobisz to w 4., 5. i 6. Tu się po prostu mecz kończy i jedni biegają po stadionie z pucharem, a drudzy idą do szatni popłakać. Tak że na pewno się tutaj nie podejmę jasnowidztwa, jak będzie wyglądał ten finał. Bo może ktoś tutaj nakreślić 15 wariantów i żaden się może nie sprawdzić.











