Jeśli mielibyśmy porównać dzisiejszy mecz w Brugii do jakiegoś gatunku filmowego, to stawialibyśmy na komediodramat. Legia przeżywała katusze, a nam pozostało tylko się uśmiechnąć. Nie można było odmówić jej walki, ale na wyjście z grupy to za mało. Awansów za litość nie rozdają. To musiało się tak skończyć. Legia przegrała 0:1 po bezbarwnym meczu.
Przed meczem można było się zastanawiać, czy istnieje w Legii życie bez Nikolicia. Statystyki są najlepszą odpowiedzią na to pytanie. Bez Węgra ofensywa praktycznie nie istnieje. Szczególnie że o sile zespołu miał decydować 37-letni Saganowski, któremu udało się wytrwać do 59. minuty. Brakowało ognia, a jedyne groźne akcje w szeregach Legii miały miejsce między 70. a 75. minutą meczu. Pięć minut przebłysku na tym poziomie nie wystarczy. Nawet, kiedy twój rywal do tej pory zgromadził tyle samo punktów i jest daleki od optymalnej formy.
Tym bardziej szkoda, że ten mecz tak się potoczył. Club Brugge miał przewagę, przez większość spotkania kontrolując boiskowe wydarzenie, ale nie zagrał nic wielkiego. Brakowało ognia, brakowało akcji oskrzydlających, a przede wszystkim brakowało gościa, który weźmie odpowiedzialność na swoje braki. Brakowało zatem Dudy ze swojego najlepszego okresu w karierze. Obecnie mógłby tylko pomarzyć o takiej dyspozycji. Koledzy nie ułatwiali mu zadania, nie miał komfortu rozgrywania piłki, kiedy nie było ruchu na boisku.
Dopiero zmiany w drugiej połowie nieco ożywiły Legię, która powoli przejmowała inicjatywę, wyżej się ustawiając, atakując rywala na jego połowie, nie pozwalając na rozgrywanie od tyłu. Pod względem kondycyjnym i taktycznym była całkiem nieźle przygotowana. Jakości gry jednak nie było widać ani trochę.
Techniki motywacyjne Czerczesowa w przerwie wystarczyły tylko na kilkanaście minut. Przez większość spotkania legioniści wyróżniali się głównie chaotycznymi akcjami pod bramką rywala i fatalną dyspozycją środkowych obrońców, którzy przez cały mecz dbali, aby Kuciak nie marznął, mógł solidnie popracować na linii bramkowej, choć Club Brugge niespecjalnie korzystał z tych prezentów. Tylko raz udało im się wykorzystać niepewność defensorów, kiedy w 38. minucie Meunier kąśliwym strzałem wewnętrzną częścią stopy pokonał bramkarza Legii.
Końcówka spotkania należała jednak do drużyny z Warszawy i szkoda, że dopiero wtedy uwierzyli, że rywal wcale nie jest taki straszny, jak zapowiadały pierwsze minuty. Wystarczyło, że podopieczni Czerczesowa wrzucili wyższy bieg, większą liczbą zawodników podłączyli się do akcji ofensywnych, a przeciwnik zaczął się gubić i ofiarnie bronić całym zespołem. To jedyny pozytyw dzisiejszego meczu. Brakowało tylko monologu Dariusza Szpakowskiego, żeby poczuć nastroje, w jakich Legia żegna się powoli z europejskimi pucharami, oddając swój ewentualny awans w matematyczne ręce.
Brugge: Sebastien Bruzzese – Thomas Meunier, Brandon Mechele, Stefano Denswil, Laurens De Bock – Abdoulay Diaby (82′ Boli Bolingoli-Mbombo), Timmy Simons, Claudemir, Víctor Vazquez (90′ Hans Vanaken), Felipe Gedoz – Leandro Pereira (74′ Jelle Vossen).











