To nie był najlepszy mecz Basel w historii ich występów w europejskich pucharach. To nie było nawet przyzwoite spotkanie w ich wykonaniu. Tym bardziej szkoda, że Lech dzisiaj nie urwał choćby punktu, ulegając rywalowi 0:2 po bezbarwnym widowisku, na które momentami żal było patrzeć.
Zęby bolały, powieki opadały, a Lech bezradnie próbował nam wmówić, że kryzys już za nim. Do przerwy jeszcze się udawało, bo mocno nieskuteczni byli przeciwnicy, a bezbramkowy wynik na papierze nie wyglądał źle. Prawda była jednak zupełnie inna. Szwajcarzy praktycznie przez 90 minut kontrolowali sytuację na boisku. To duża sztuka, kiedy nie gra się wielkiego meczu. Skoro Basel bez formy potrafi dominować na placu gry, to można obawiać się rewanżu. Z drugiej jednak strony do tego czasu być może „Kolejorzowi” uda się wyrwać ze szponów kryzysu i nawiązać równorzędną walkę z rywalem.
Dzisiaj gospodarze nawet nie mieli okazji się spocić, a Vaclik tylko bezczynnie pilnował bramki, choć nie mamy pewności, czy nie opuszczał jej z nudów, żeby pogaworzyć z kibicami. Jeszcze luźniej i spokojniej zrobiło się na boisku w 49. minucie, kiedy Karol Linetty zgarnął drugą żółtą kartkę i musiał udać się do szatni.
Trzeba jednak oddać Lechowi, a właściwie Maciejowi Gajosowi, że nie czekał bezczynnie na swojej połowie, nadstawiając kolejny policzek. Były to jednak tak rzadkie wypady, że możemy je traktować jako chwile odpoczynku dla ofensywy FC Basel.
Obraz gry po czerwonej kartce nie zmienił się diametralnie. Szwajcarzy pozostali niewzruszeni na to wydarzenie, choć sześć minut później strzelili pierwszego gola za sprawą Bjarnasona, który wykorzystał bardzo dobre podanie doświadczonego Waltera Samuela (rocznik 1978), byłego zawodnika m.in. Interu Mediolan czy AS Roma. Nie była to jednak najlepsza okazja FC Basel, którą stworzyli sobie w tym nudnym spotkaniu.
Lech wyglądał na bardzo przestraszonego, który przegrał już ten mecz w szatni, oddając pole średnio dysponowanemu rywalowi. „Kolejorz” sprawiał wrażenie kompletnie nieprzygotowanego mentalnie, nie zdając sobie sprawy z tego, że nie wystarczyło wiele, żeby postraszyć dzisiaj Basel. Brakowało przede wszystkim skrzydłowych z prawdziwego zdarzenia, którym mógłby dogrywać piłkę w tempo Maciej Gajos.
Były zawodnik Jagiellonii ewidentnie miał ochotę na kombinacyjną i szybką grę, ale koledzy nie chcieli się z nim bawić. Woleli leniwie przeczekać mecz, licząc na stały fragment gry i przypadkową bramkę. Brak formy aż raził w oczy, a wynik był zdecydowanie lepszy niż ich boiskowe poczynania. Zamazał cały obraz nędznej gry, ale postawa w defensywie zasługuje na drobne oklaski.











