Po przerwie na mecze reprezentacji narodowych piłkarze wracają do rywalizacji nie tylko w krajowych ligach, lecz również europejskich pucharach. Emocje wzrastają, gdyż w ciągu najbliższego tygodnia rozstrzygnie się, kto zagra w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. O pierwszych awansach zdecydują konfrontacje w Londynie i Florencji.
Teoretycznie faworytem potyczki Arsenalu z FC Porto powinni być podopieczni Arsene’a Wengera. „Kanonierzy” dysponują silniejszą kadrą od swojego portugalskiego przeciwnika i wydaje się, że prezentują wyższą formę od ustępujących mistrzów swojego kraju. Jednak w pierwszym starciu to „Smoki” okazały się lepsze. Gospodarze Estadio do Dragao, również dzięki słabej postawie strzegącego bramki londyńczyków Łukasza Fabiańskiego, pokonali słynniejszego rywala i to oni są w korzystniejszej sytuacji przed rewanżem na Emirates Stadium. W Premiership Arsenal nie ma większych problemów z wygrywaniem. Ostatnio został pokonany przez Chelsea 7 lutego. Jednak również forma Portugalczyków rośnie ze spotkania na spotkanie, lecz jest bardzo nierówna. Gracze Jesualdo Ferreiry potrafili rozgromić 5:1 wicelidera tabeli rodzimej ligi, Sporting Braga, by tydzień później dać się rozbić nie najsilniejszemu w tym sezonie jego imiennikiem z Lizbony. Niewątpliwie Anglików stać na awans do ćwierćfinału. Warunkiem jest pokonanie Porto. Jeżeli wtorkowi gospodarze trafią na swój dzień, mogą być nie do zatrzymania.
Losy drugiej konfrontacji rozgrywanej tego dnia wydają się już dawno przesądzone. Nic nie zapowiada, by pogrążona w głębokim kryzysie Fiorentina zdołała odrobić jednobramkową stratę i wyeliminować Bayern Monachium. Podopiecznym Louisa van Gaala w ostatniej kolejce Bundesligi przydarzyła się wpadka. Główni faworyci do tytułu mistrza Niemiec zaledwie zremisowali ze słabym 1.FC Koln 1:1. „Viola” ma znaczne problemy z odnoszeniem zwycięstw. W Serie A w ostatnich siedmiu meczach, poza pokonaniem Livorno, zawodnicy Cesare Prandelliego zdobyli zaledwie dwa punkty. Mimo to, potrafią być silnym zespołem, co udowodnili w meczu na Allianz Arena. Ich porażka w Niemczech jest głównie efektem uznania gola zdobytego przez Miroslava Klose ze spalonego przez prowadzącego spotkanie Toma Henniga Ovrebo, znanego z gwizdania słynnego już starcia Chelsea z Barceloną. Żadne znaki na niebie i ziemi nie świadczą o tym, by na Stadio Artemio Franchi zdarzyła się niespodzianka. Futbol jednak bywa nieprzewidywalny.









