Hit 5. kolejki La Liga Santander na Camp Nou nieco rozczarował, nie ma co tego ukrywać. Pojedynki Barcelony z Atletico zawsze były niezwykle elektryczne, jednak środowe starcie okazało się zdecydowanie bardziej wyrachowane. Katalończycy nie wykorzystali niespodziewanego potknięcia Realu Madryt w starciu z Villarealem i również podzielili się punktami z Atletico. Kibiców „Blaugrany” boleć będzie jednak nie tylko strata dwóch oczek.
„Barca” miała realną szansę na zbliżenie się w ligowej tabeli do „Królewskich” na zaledwie jeden punkt. Podopieczni Luisa Enrique byliby blisko zrealizowania postawionego sobie celu, gdyby nie splot nieprzewidzianych sytuacji. Trener „Blaugrany” będzie miał w najbliższych dniach sporo pracy. Jego piłkarze nie zagrali bowiem tak, jak nas do tego przyzwyczaili, zwłaszcza w ligowych meczach z „Atleti”. „Barca” – szczególnie na Camp Nou – w pojedynkach na krajowym podwórku zazwyczaj nie dawała ekipie Diego Simeone większych szans. W środowy wieczór było zgoła odmiennie. Praktycznie w żadnym momencie gospodarze nie byli w stanie w pełni zdominować rywala, mimo tego, że przez większość czasu utrzymywali się przy futbolówce (żadna to oczywiście nowość). Znamienne jest jednak to, że atakujący „Barcy” nie rwali się do szaleńczych ataków, nie próbowali stłamsić przeciwnika, by ten w końcu sam popełnił błąd.
Przestraszone Atletico
Nie tylko Barcelona nie była sobą podczas środowego pojedynku. Atletico momentami również wyglądało nieswojo. W kilku sytuacjach, z których można było stworzyć naprawdę spore zagrożenie pod bramką Ter Stegena, piłkarze „Atleti” zachowywali się najzwyczajniej dziwnie. Jak choćby Carrasco, który będąc w sytuacji jeden na jeden z obrońcą na rogu pola karnego, zdecydował się wycofać piłkę do linii obronnej, aby po dziesięciu sekundach piłka ta opuściła plac gry po nieudanym, prostym podaniu Filipe Luisa. Niekiedy „Colchoneros” zachowywali się z przodu tak, jakby piłka parzyła ich w nogi, jakby ktoś zabronił im strzelać w stronę niemieckiego bramkarza.
Taktyka Diego Simeone nie wyglądała na taką, która zakładała grę na remis. Madrytczycy nie angażowali większej liczby zawodników w akcje ofensywne nawet po bramce Rakiticia na 1:0. Argentyński trener na chłodno przyjmował kolejne boiskowe wydarzenia na Camp Nou. Próbował reagować zmianami, które doprowadziły w końcu do nieco ostrzejszej gry. Cholo trafił zresztą ze zmianami personalnymi, bo wprowadzony w 60. minucie Correa już minutę później wpisał się na listę strzelców i ustalił wynik spotkania.
Umtiti tu, Umtiti tam i problemów ciąg dalszy
Strata dwóch oczek może nie okazać się najgorszą wiadomością dla fanów Blaugrany w kontekście starcia z Atletico Madryt. Pierwszy kwadrans drugiej połowy raczej nie sprzyja temu, by przeprowadzać zmiany w drużynie. Dlatego kiedy już w 51. minucie Busquets szykował się do zejścia, jasnym było, że nie jest to korekta techniczna. W przypadku reprezentanta Hiszpanii strachu raczej nie ma, bo wstępne informacje mówią po prostu o bólu żołądka. Mocniej serce kibiców Barcy zaczęło jednak bić kilka minut później, kiedy o zmianę poprosił Leo Messi. Argentyńczyk po raz kolejny trzymał się za mięsień uda, którego kontuzja doskwiera mu już od jakiegoś czasu. Nic dziwnego, że w obozie Barcelony zaczął panować niepokój. Wszak wielu kibiców katalońskiego klubu uważa Busquetsa za równie ważnego piłkarza co Messi. I brak mistrza świata i Europy był w ostatnich trzydziestu minutach bardzo widoczny.











