Przez lata wydawało się, że duopol na dominację w Hiszpanii jest niezagrożony. Nadszedł jednak rok 2011, a za sterami Atletico Madryt stanął on – Diego Simeone. Człowiek, który stał się twórcą nowego rozdania w Hiszpanii i w zeszłym sezonie zdominował zarówno rozgrywki krajowe, jak i europejskie. W tym sezonie nie jest już jednak tak różowo, ale czy drużyna z przemysłowej części Madrytu powinna mieć powody do zmartwień?
Kiedy Cristiano Ronaldo, w dogrywce lizbońskiego finału Ligi Mistrzów, strzelał swoją 17. bramkę w rozgrywkach i czwartą dla Realu, było jasne, że Atletico Pucharu Europy nie zdobędzie. Kończył się bajeczny sezon dla popularnego Cholo i jego wesołej gromady, a kibice myślami byli już na boiskach Brazylii, gdzie rozegrane miały być mistrzostwa całego globu.
Jednak nie wszyscy mogli spoglądać na przyszły sezon spokojnie. Pewnym było, że po takim sezonie oczy wszystkich menedżerów i agentów piłkarskich zwrócą się ku nowej potędze w europejskim futbolu, a nad Vicente Calderon pojawi się stado sępów chcących podebrać te bardziej łakome kąski. Koke, Godin, Filipe Luis, Turan i Diego Costa. To oni stali się obiektami westchnień bogatszych klubów od Atletico i to o ich pozostanie modlili się kibice „Rojiblancos” każdego dnia tuż przed zaśnięciem.
Stało się jednak nieuniknione. Filipe Luis, Diego Costa i Thibaut Courtois, którego odejście było już pewne przed otwarciem okienka transferowego, wybrali Londyn i grę dla Jose Mourinho. Powędrowali na Stamford Bridge, a coraz głośniejsze stały się głosy obwieszczające, że Atletico może być gwiazdą jednego sezonu, a Simeone czeka zderzenie ze szklanym sufitem. Wśród kibiców pojawiała się niepewność.
Kto będzie następny? Jak będzie wyglądać zespół w sierpniu? I czy nadal będziemy w stanie nawiązać walkę z Barceloną i Realem? Te i inne pytania mogli zadawać sobie kibice z południa Madrytu tuż przed rozpoczęciem przygotowań do nowego sezonu. Okazało się jednak, że te obawy były kompletnie bezpodstawne, a o ich rozwianie postarał się ten, który w Atletico jest najważniejszy – Enrique Cerezo.
Powiedzieć, że prezes „Los Colchoneros” poszedł na całość, to powiedzieć mało. Cerezo nieźle zaszalał w letnim okienku transferowym, wydając na letnie transfery ponad 110 milionów euro. Okej, odeszli Courtois, Filipe Luis i Diego Costa, jednak w klubie zostali ci najważniejsi – Koke i Godin. Turan nigdzie się nie ruszył, a z wypożyczenia wrócił wielki talent madryckiej szkółki – Saul Nguez. Wspomnianą kupę forsy przeznaczono na prawdziwe objawienie sezonu – Antoine Griezmanna, Mario Mandżukicia i bramkarskiego wielkoluda z Lizbony – Jana Oblaka, który miał naturalne predyspozycje, żeby zastąpić młodego Belga. Z Meksyku do zespołu dołączył prawdziwy torreador wśród napastników – Raul Jimenez, z Włoch ściągnięto lidera Torino, Alessio Cerciego, a z ligi hiszpańskiej postawiono na solidnych ligowców – Sigueirę, Moyę i Gameza.
Był to swoisty pokaz siły władz Atletico i jasny sygnał dla wszystkich, że ze sceny zejść nie zamierzają. I rzeczywiście, w trakcie tego sezonu „Rojiblancos” przeżywali wzloty i upadki, jednak seria siedmiu spotkań bez porażki z rywalem zza miedzy – Realem, a także lutowy pogrom, jaki podopieczni Simeone zgotowali swoim sąsiadom, na długo zostaną w pamięci madryckiego środowiska. O opinię na temat tegorocznych rozgrywek zapytałem redaktora naczelnego AtleticoPoland.com i członka zespołu redakcyjnego „Ole Magazynu” – Macieja Kocha, który zdaje się potwierdzać tę opinię: –
Oczywiście nie udało się powtórzyć zeszłorocznych sukcesów, ale klub znad Manzanares ugruntował swoją pozycję w europejskiej elicie – dotarł do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, w którym zademonstrował determinację i charakter, osiągnął półfinał Pucharu Króla, wywalczył trzeci rok z rzędu kwalifikację do Champions League i na początku sezonu zdobył przecież Superpuchar Hiszpanii.
Trudno się tutaj nie zgodzić. Lista osiągnięć robi duże wrażenie jak na zespół, który jeszcze niedawno przez czternaście lat nie mógł pokonać lokalnego rywala i trudno uznać, aby ten sezon był dla Atletico stracony. Powiem więcej. Był to rok przejściowy, którego efekty będziemy mogli obserwować w przyszłym sezonie. A to dlaczego?
Przede wszystkim jesteśmy świadkami rodzenia się w Atletico nowej generacji piłkarzy, którzy są w stanie zapewnić odpowiednią sukcesję po odchodzących zawodnikach. Jose Maria Gimenez, Saul Nguez i Antoine Griezmann. Są to piłkarze, którzy już od dłuższego czasu zdołali utkwić w szerszej świadomości kibiców na kontynencie europejskim, jednak to ten sezon ukazuje ich kluczowe znaczenie dla madryckiej jedenastki.
Zwłaszcza ten ostatni wyrasta ostatnio na postać numer jeden w ekipie Simeone, a wydaje się, że Francuz nie osiągnął jeszcze szczytu swoich możliwości. To on w ostatnimi czasie, kiedy to „Los Colchoneros” wydają się zmęczeni sezonem i apatyczni, ciągnie ten wózek do przodu i wygrywa mecze w pojedynkę. Pamiętacie jego kołowrotek na Riazor przeciwko Deportivo? Albo świetne spotkanie przeciwko Elche? Trudno nie uznać, że to jego gwiazda świeci obecnie najjaśniej na Estadio Vicente Calderon.
W osobie Gimeneza Atletico upatruje naturalnego następcę dla Diego Godina. Już w tym sezonie wychowanek Danubio Montevideo rozegrał ponad 1600 minut we wszystkich rozgrywkach i można uznać, że hierarchia na pozycji środkowego obrońcy została w klubie naruszona. Młody Urugwajczyk będzie grał więcej i tu nie powinno być żadnych wątpliwości, bo o ile Godin nadal jest klasą samą w sobie, o tyle Miranda najlepsze sezony ma już chyba za sobą. Wydawać się może, że nadszedł czas, aby ciężar utrzymania defensywy w ryzach spoczął na urugwajskim duecie.
Obok tej dwójki jest oczywiście jeszcze Saul Nguez, a na wypożyczeniu w Porto bryluje ten, na którego w przyszłości liczą najbardziej nad Manzanares – Oliver Torres. Piłkarz, który już w zeszłym sezonie pokazywał namiastkę swoich możliwości, otrzaskał się w lidze portugalskiej i europejskich pucharach, gdzie łącznie zaliczył siedem bramek i sześć asyst. Jego powrót do stolicy Madrytu jest już pewny, a wiązane z nim nadzieje rosną z dnia na dzień.
Wydaje się więc, że przyszłość sportowa klubu jest niezagrożona. Aczkolwiek nie obyło się też bez wpadek. Faktem jest, że nie wszystkie letnie transfery wypaliły, co zresztą potwierdza Maciej, mówiąc: – Zespół, który przeszedł latem niemałą transformację, miewał momentami nawet poważne problemy, bo jak pokazał ten sezon – nie wszystkie transfery okazały się strzałami w dziesiątkę.(…) Mandžukić czy Siqueira, którzy mieli stać się filarami przebudowanej drużyny, zawiedli oczekiwania kibiców.
Wymowny jest tutaj zwłaszcza przykład Chorwata, który w pierwszej części był ważną postacią Atletico i wydawało się, że idealnie wkomponował się w zespół „Los Colchoneros”. Były napastnik Bayernu Monachium w połowie lutego miał już na koncie 12 bramek, jednak od tamtego zablokował się i nie trafił już do siatki rywali. Niewątpliwie przyczyną były tutaj kontuzje, jednak nie należy zapominać o fochach Chorwata i nieciekawej atmosferze, jaka wokół niego panuje.
Trudno jednak trafić ze wszystkimi transferami, wymieniając połowę składu. Sigueira mógłby grać lepiej, Ansaldiego w ogóle nie widać, Cerci jest już w Milanie, a Jimenez nie poradził sobie w Europie. Okej. Ale z drugiej strony są solidny Gamez, Oblak i wspomniany już Griezmann, których wpływ na drużynę z każdym miesiącem rośnie. Niech świadczy o tym chociażby fakt, że wspomniana trójka znalazła się w jedenastce kwietnia La Liga, a Francuz został piłkarzem miesiąca. Nieźle, prawda? A nie należy zapominać również o drugim golkiperze Moyi, który do momentu kontuzji również spisywał się bardzo dobrze.
Jak widać, wygląda to wszystko obiecująco. A może nawet jeszcze lepiej, kiedy spojrzymy na nazwiska, które są wymieniane w kontekście letnich wzmocnień ekipy znad Manzanares. O ile jeszcze Reus i Schweinsteiger mogą brzmieć jak niezłe sci-fi, o tyle Roberto Firmino, Luciano Vietto i Matias Kranevitter to piłkarze, którzy jak najbardziej już latem mogą pojawić się na południu Madrytu. Zwłaszcza przypadek tego ostatniego jest ciekawy i może być papierkiem lakmusowym obecnych możliwości działaczy Atletico. O zawodnika bitwę zamierzają również stoczyć Manchester City, Napoli i Valencia, co powoduje, że będziemy mogli na własne oczy przekonać się, jak bardzo atrakcyjnym klubem w ostatnim czasie stało się Atletico.
Klub rozwija się jednak nie tylko pod względem sportowym. Drugi tak dobry sezon spowodował ugruntowanie pozycji Atletico w świadomości kibiców na całym świecie jako globalnej marki. Świadczyć o tym mogą chociażby badania polskiego rynku, gdzie Atletico zajmowało 9. pozycję wśród najbardziej rozpoznawalnych klubów na świecie (badanie odbyło się w sierpniu 2014 roku).
Dobrze również wyglądają perspektywy finansowe rozpościerające się przed Cerezo i spółką. Wg Forbesa, Atletico już teraz jest 14. najbogatszym klubem na świecie. Tendencja wzrostowa jest jeszcze wyższa, kiedy zwrócimy uwagę na statystyki przychodów, gdzie klub w skali rocznej uzyskuje blisko 170 mln euro. Deloitte, jedna z najbardziej znanych firm konsultingowych na świecie, przyznaje dzięki temu Atletico 15. pozycję na globie. Dla porównania: rok wcześniej Rojiblancos zajmowali pod tym względem miejsce 20. A to nie koniec dobrych wiadomości dla „Los Colchoneros”.
Estadio Vicente Calderon jest jednym z najczęściej odwiedzanych stadionów w Europie, a frekwencja na poziomie ponad 47 tys. osób na mecz stawia klub na 17. miejscu na Starym Kontynencie. A ma być jeszcze lepiej. Mocarstwowe plany Atletico potwierdza budowa Estadio La Peineta – nowego stadionu mogącego pomieścić prawie 73 tys. kibiców. Początkowo miał to być stadion olimpijski, jednak w momencie, gdy Madryt nie otrzymał prawa do organizacji olimpiady w 2016 roku, plany przejęło Atletico. Oficjalne zakończenie budowy jest przekładane i na ten moment wydaje się, że realnym terminem jest rok 2017.
Maciej zwraca również uwagę na poprawę płynności finansowej klubu. – Według ostatnich doniesień całość zaległości finansowych wobec hiszpańskiego fiskusa wynosi zaledwie 80 milionów €, podczas gdy jeszcze dwa lata temu była to kwota rzędu 215 milionów €.(…) Klubowi z Vicente Calderón daleko jeszcze do krainy mlekiem i miodem płynącej, ale zachodzące zmiany są bardzo pozytywne.
Trudno się tutaj nie zgodzić, mając na uwadze ostatnie okoliczności. Analizując przychody zespołu, można odnotować, że klubowi do absolutnej europejskiej czołówki brakuje zintensyfikowania działań podczas dnia meczowego i większej aktywności sponsoringowej. Zarówno pierwsza, jak i druga kwestia mogą być niedługo rozwiązane. O budowie stadionu już wspominałem, natomiast trzeba jeszcze zaznaczyć, że na nazwę nowej areny czają się wielcy przewoźnicy lotniczy z Etihad i Turkish Airlines na czele. Atletico ma podpisany kontrakt sponsorski z chińskim koncernem Huawei, a w styczniu tego roku byliśmy świadkami kolejnego kroku na drodze ku ekspansji.
Klub z Estadio Vicente Calderon skupia się głównie na Indiach i Chinach jako kierunkach swojej ekspansji. To właśnie te rynki, które według różnych prognoz do 2020 rok mogą liczyć ponad trzy miliardy potencjalnych konsumentów, już teraz są atrakcyjnym kąskiem marketingowym. Pierwsze ruchy zostały już wykonane przez włodarzy z Madrytu. W styczniu chiński miliarder Wang Jianlin kupił 20% udziałów w madryckim klubie. Co więcej, istnieje możliwość, że zainwestuje jeszcze większe pieniądze. Współpraca ta ma mieć charakter nie tylko finansowy. W planach jest rozwój wymiana szkoleniowa, przyjmowanie najlepszych chińskich nastolatków w szkółce w Madrycie, a nawet klub filialny w Chinach.
Widzimy więc, że Atletico jest w trakcie równomiernego rozwoju i konsekwentnego budowania swojej marki. Potencjał sportowy i marketingowy jest tutaj olbrzymi i wydaje się, że zachowanie triumwiratu władzy w Hiszpanii jest niezagrożone. Możecie zapytać, dlaczego miałoby być? Wszystko przecież gra i idzie w jak najlepszym kierunku. Otóż już raz „Los Colchoneros” swoją szansę, kiedy to w 1996 roku za sprawą Radomira Anticia i jego drużyny klub zdobył 9. mistrzostwo kraju. Zaledwie cztery lata później, w 2000 roku, na „Rojiblancos” czekały już drugoligowe boiska i budowanie potęgi drużyny na nowo. Udało się po blisko piętnastu latach i pozostaje mi, jako kibicowi Realu Madryt, życzyć, aby tak zostało. Liga z bardzo mocnym Atletico jest ciekawsza, a o tym w tym wszystkim chyba chodzi.
Przez lata wydawało się, że duopol na dominację w Hiszpanii jest niezagrożony. Nadszedł jednak rok 2011, a za sterami Atletico Madryt stanął on – Diego Simeone. Człowiek, który stał się twórcą nowego rozdania w Hiszpanii i w zeszłym sezonie zdominował zarówno rozgrywki krajowe, jak i europejskie. W tym sezonie nie jest już jednak tak różowo, ale czy drużyna z przemysłowej części Madrytu powinna mieć powody do zmartwień?
Kiedy Cristiano Ronaldo, w dogrywce lizbońskiego finału Ligi Mistrzów, strzelał swoją 17. bramkę w rozgrywkach i czwartą dla Realu, było jasne, że Atletico Pucharu Europy nie zdobędzie. Kończył się bajeczny sezon dla popularnego Cholo i jego wesołej gromady, a kibice myślami byli już na boiskach Brazylii, gdzie rozegrane miały być mistrzostwa całego globu.
Jednak nie wszyscy mogli spoglądać na przyszły sezon spokojnie. Pewnym było, że po takim sezonie oczy wszystkich menedżerów i agentów piłkarskich zwrócą się ku nowej potędze w europejskim futbolu, a nad Vicente Calderon pojawi się stado sępów chcących podebrać te bardziej łakome kąski. Koke, Godin, Filipe Luis, Turan i Diego Costa. To oni stali się obiektami westchnień bogatszych klubów od Atletico i to o ich pozostanie modlili się kibice „Rojiblancos” każdego dnia tuż przed zaśnięciem.
Stało się jednak nieuniknione. Filipe Luis, Diego Costa i Thibaut Courtois, którego odejście było już pewne przed otwarciem okienka transferowego, wybrali Londyn i grę dla Jose Mourinho. Powędrowali na Stamford Bridge, a coraz głośniejsze stały się głosy obwieszczające, że Atletico może być gwiazdą jednego sezonu, a Simeone czeka zderzenie ze szklanym sufitem. Wśród kibiców pojawiała się niepewność.
Kto będzie następny? Jak będzie wyglądać zespół w sierpniu? I czy nadal będziemy w stanie nawiązać walkę z Barceloną i Realem? Te i inne pytania mogli zadawać sobie kibice z południa Madrytu tuż przed rozpoczęciem przygotowań do nowego sezonu. Okazało się jednak, że te obawy były kompletnie bezpodstawne, a o ich rozwianie postarał się ten, który w Atletico jest najważniejszy – Enrique Cerezo.
Powiedzieć, że prezes „Los Colchoneros” poszedł na całość, to powiedzieć mało. Cerezo nieźle zaszalał w letnim okienku transferowym, wydając na letnie transfery ponad 110 milionów euro. Okej, odeszli Courtois, Filipe Luis i Diego Costa, jednak w klubie zostali ci najważniejsi – Koke i Godin. Turan nigdzie się nie ruszył, a z wypożyczenia wrócił wielki talent madryckiej szkółki – Saul Nguez. Wspomnianą kupę forsy przeznaczono na prawdziwe objawienie sezonu – Antoine Griezmanna, Mario Mandżukicia i bramkarskiego wielkoluda z Lizbony – Jana Oblaka, który miał naturalne predyspozycje, żeby zastąpić młodego Belga. Z Meksyku do zespołu dołączył prawdziwy torreador wśród napastników – Raul Jimenez, z Włoch ściągnięto lidera Torino, Alessio Cerciego, a z ligi hiszpańskiej postawiono na solidnych ligowców – Sigueirę, Moyę i Gameza.
Był to swoisty pokaz siły władz Atletico i jasny sygnał dla wszystkich, że ze sceny zejść nie zamierzają. I rzeczywiście, w trakcie tego sezonu „Rojiblancos” przeżywali wzloty i upadki, jednak seria siedmiu spotkań bez porażki z rywalem zza miedzy – Realem, a także lutowy pogrom, jaki podopieczni Simeone zgotowali swoim sąsiadom, na długo zostaną w pamięci madryckiego środowiska. O opinię na temat tegorocznych rozgrywek zapytałem redaktora naczelnego AtleticoPoland.com i członka zespołu redakcyjnego „Ole Magazynu” – Macieja Kocha, który zdaje się potwierdzać tę opinię: –
Oczywiście nie udało się powtórzyć zeszłorocznych sukcesów, ale klub znad Manzanares ugruntował swoją pozycję w europejskiej elicie – dotarł do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, w którym zademonstrował determinację i charakter, osiągnął półfinał Pucharu Króla, wywalczył trzeci rok z rzędu kwalifikację do Champions League i na początku sezonu zdobył przecież Superpuchar Hiszpanii.
Trudno się tutaj nie zgodzić. Lista osiągnięć robi duże wrażenie jak na zespół, który jeszcze niedawno przez czternaście lat nie mógł pokonać lokalnego rywala i trudno uznać, aby ten sezon był dla Atletico stracony. Powiem więcej. Był to rok przejściowy, którego efekty będziemy mogli obserwować w przyszłym sezonie. A to dlaczego?
Przede wszystkim jesteśmy świadkami rodzenia się w Atletico nowej generacji piłkarzy, którzy są w stanie zapewnić odpowiednią sukcesję po odchodzących zawodnikach. Jose Maria Gimenez, Saul Nguez i Antoine Griezmann. Są to piłkarze, którzy już od dłuższego czasu zdołali utkwić w szerszej świadomości kibiców na kontynencie europejskim, jednak to ten sezon ukazuje ich kluczowe znaczenie dla madryckiej jedenastki.
Zwłaszcza ten ostatni wyrasta ostatnio na postać numer jeden w ekipie Simeone, a wydaje się, że Francuz nie osiągnął jeszcze szczytu swoich możliwości. To on w ostatnimi czasie, kiedy to „Los Colchoneros” wydają się zmęczeni sezonem i apatyczni, ciągnie ten wózek do przodu i wygrywa mecze w pojedynkę. Pamiętacie jego kołowrotek na Riazor przeciwko Deportivo? Albo świetne spotkanie przeciwko Elche? Trudno nie uznać, że to jego gwiazda świeci obecnie najjaśniej na Estadio Vicente Calderon.
W osobie Gimeneza Atletico upatruje naturalnego następcę dla Diego Godina. Już w tym sezonie wychowanek Danubio Montevideo rozegrał ponad 1600 minut we wszystkich rozgrywkach i można uznać, że hierarchia na pozycji środkowego obrońcy została w klubie naruszona. Młody Urugwajczyk będzie grał więcej i tu nie powinno być żadnych wątpliwości, bo o ile Godin nadal jest klasą samą w sobie, o tyle Miranda najlepsze sezony ma już chyba za sobą. Wydawać się może, że nadszedł czas, aby ciężar utrzymania defensywy w ryzach spoczął na urugwajskim duecie.
Obok tej dwójki jest oczywiście jeszcze Saul Nguez, a na wypożyczeniu w Porto bryluje ten, na którego w przyszłości liczą najbardziej nad Manzanares – Oliver Torres. Piłkarz, który już w zeszłym sezonie pokazywał namiastkę swoich możliwości, otrzaskał się w lidze portugalskiej i europejskich pucharach, gdzie łącznie zaliczył siedem bramek i sześć asyst. Jego powrót do stolicy Madrytu jest już pewny, a wiązane z nim nadzieje rosną z dnia na dzień.
Wydaje się więc, że przyszłość sportowa klubu jest niezagrożona. Aczkolwiek nie obyło się też bez wpadek. Faktem jest, że nie wszystkie letnie transfery wypaliły, co zresztą potwierdza Maciej, mówiąc: – Zespół, który przeszedł latem niemałą transformację, miewał momentami nawet poważne problemy, bo jak pokazał ten sezon – nie wszystkie transfery okazały się strzałami w dziesiątkę.(…) Mandžukić czy Siqueira, którzy mieli stać się filarami przebudowanej drużyny, zawiedli oczekiwania kibiców.
Wymowny jest tutaj zwłaszcza przykład Chorwata, który w pierwszej części był ważną postacią Atletico i wydawało się, że idealnie wkomponował się w zespół „Los Colchoneros”. Były napastnik Bayernu Monachium w połowie lutego miał już na koncie 12 bramek, jednak od tamtego zablokował się i nie trafił już do siatki rywali. Niewątpliwie przyczyną były tutaj kontuzje, jednak nie należy zapominać o fochach Chorwata i nieciekawej atmosferze, jaka wokół niego panuje.
Trudno jednak trafić ze wszystkimi transferami, wymieniając połowę składu. Sigueira mógłby grać lepiej, Ansaldiego w ogóle nie widać, Cerci jest już w Milanie, a Jimenez nie poradził sobie w Europie. Okej. Ale z drugiej strony są solidny Gamez, Oblak i wspomniany już Griezmann, których wpływ na drużynę z każdym miesiącem rośnie. Niech świadczy o tym chociażby fakt, że wspomniana trójka znalazła się w jedenastce kwietnia La Liga, a Francuz został piłkarzem miesiąca. Nieźle, prawda? A nie należy zapominać również o drugim golkiperze Moyi, który do momentu kontuzji również spisywał się bardzo dobrze.
Jak widać, wygląda to wszystko obiecująco. A może nawet jeszcze lepiej, kiedy spojrzymy na nazwiska, które są wymieniane w kontekście letnich wzmocnień ekipy znad Manzanares. O ile jeszcze Reus i Schweinsteiger mogą brzmieć jak niezłe sci-fi, o tyle Roberto Firmino, Luciano Vietto i Matias Kranevitter to piłkarze, którzy jak najbardziej już latem mogą pojawić się na południu Madrytu. Zwłaszcza przypadek tego ostatniego jest ciekawy i może być papierkiem lakmusowym obecnych możliwości działaczy Atletico. O zawodnika bitwę zamierzają również stoczyć Manchester City, Napoli i Valencia, co powoduje, że będziemy mogli na własne oczy przekonać się, jak bardzo atrakcyjnym klubem w ostatnim czasie stało się Atletico.
Klub rozwija się jednak nie tylko pod względem sportowym. Drugi tak dobry sezon spowodował ugruntowanie pozycji Atletico w świadomości kibiców na całym świecie jako globalnej marki. Świadczyć o tym mogą chociażby badania polskiego rynku, gdzie Atletico zajmowało 9. pozycję wśród najbardziej rozpoznawalnych klubów na świecie (badanie odbyło się w sierpniu 2014 roku).
Dobrze również wyglądają perspektywy finansowe rozpościerające się przed Cerezo i spółką. Wg Forbesa, Atletico już teraz jest 14. najbogatszym klubem na świecie. Tendencja wzrostowa jest jeszcze wyższa, kiedy zwrócimy uwagę na statystyki przychodów, gdzie klub w skali rocznej uzyskuje blisko 170 mln euro. Deloitte, jedna z najbardziej znanych firm konsultingowych na świecie, przyznaje dzięki temu Atletico 15. pozycję na globie. Dla porównania: rok wcześniej Rojiblancos zajmowali pod tym względem miejsce 20. A to nie koniec dobrych wiadomości dla „Los Colchoneros”.
Estadio Vicente Calderon jest jednym z najczęściej odwiedzanych stadionów w Europie, a frekwencja na poziomie ponad 47 tys. osób na mecz stawia klub na 17. miejscu na Starym Kontynencie. A ma być jeszcze lepiej. Mocarstwowe plany Atletico potwierdza budowa Estadio La Peineta – nowego stadionu mogącego pomieścić prawie 73 tys. kibiców. Początkowo miał to być stadion olimpijski, jednak w momencie, gdy Madryt nie otrzymał prawa do organizacji olimpiady w 2016 roku, plany przejęło Atletico. Oficjalne zakończenie budowy jest przekładane i na ten moment wydaje się, że realnym terminem jest rok 2017.
Maciej zwraca również uwagę na poprawę płynności finansowej klubu. – Według ostatnich doniesień całość zaległości finansowych wobec hiszpańskiego fiskusa wynosi zaledwie 80 milionów €, podczas gdy jeszcze dwa lata temu była to kwota rzędu 215 milionów €.(…) Klubowi z Vicente Calderón daleko jeszcze do krainy mlekiem i miodem płynącej, ale zachodzące zmiany są bardzo pozytywne.
Trudno się tutaj nie zgodzić, mając na uwadze ostatnie okoliczności. Analizując przychody zespołu, można odnotować, że klubowi do absolutnej europejskiej czołówki brakuje zintensyfikowania działań podczas dnia meczowego i większej aktywności sponsoringowej. Zarówno pierwsza, jak i druga kwestia mogą być niedługo rozwiązane. O budowie stadionu już wspominałem, natomiast trzeba jeszcze zaznaczyć, że na nazwę nowej areny czają się wielcy przewoźnicy lotniczy z Etihad i Turkish Airlines na czele. Atletico ma podpisany kontrakt sponsorski z chińskim koncernem Huawei, a w styczniu tego roku byliśmy świadkami kolejnego kroku na drodze ku ekspansji.
Klub z Estadio Vicente Calderon skupia się głównie na Indiach i Chinach jako kierunkach swojej ekspansji. To właśnie te rynki, które według różnych prognoz do 2020 rok mogą liczyć ponad trzy miliardy potencjalnych konsumentów, już teraz są atrakcyjnym kąskiem marketingowym. Pierwsze ruchy zostały już wykonane przez włodarzy z Madrytu. W styczniu chiński miliarder Wang Jianlin kupił 20% udziałów w madryckim klubie. Co więcej, istnieje możliwość, że zainwestuje jeszcze większe pieniądze. Współpraca ta ma mieć charakter nie tylko finansowy. W planach jest rozwój wymiana szkoleniowa, przyjmowanie najlepszych chińskich nastolatków w szkółce w Madrycie, a nawet klub filialny w Chinach.
Widzimy więc, że Atletico jest w trakcie równomiernego rozwoju i konsekwentnego budowania swojej marki. Potencjał sportowy i marketingowy jest tutaj olbrzymi i wydaje się, że zachowanie triumwiratu władzy w Hiszpanii jest niezagrożone. Możecie zapytać, dlaczego miałoby być? Wszystko przecież gra i idzie w jak najlepszym kierunku. Otóż już raz „Los Colchoneros” swoją szansę, kiedy to w 1996 roku za sprawą Radomira Anticia i jego drużyny klub zdobył 9. mistrzostwo kraju. Zaledwie cztery lata później, w 2000 roku, na „Rojiblancos” czekały już drugoligowe boiska i budowanie potęgi drużyny na nowo. Udało się po blisko piętnastu latach i pozostaje mi, jako kibicowi Realu Madryt, życzyć, aby tak zostało. Liga z bardzo mocnym Atletico jest ciekawsza, a o tym w tym wszystkim chyba chodzi.