W swoim prime timie być może czołowy bramkarz w Europie. Symbol reprezentacji na mundialu 2006 i mistrzostwach Europy w 2008 roku. Rekordzista w kadrze pod względem występów na pozycji bramkarza. Człowiek, który dla jednych wciąż jest idolem, a dla innych stał się bucem i mruczącym pod nosem dziadkiem. Artur Boruc kończy piłkarską karierę. Karierę, która jeszcze w trakcie jej trwania zyskała status legendy − i nie powinno zmieniać tego to, jak odbierana jest w ostatnich tygodniach i miesiącach przez kibiców.
Żyje, jak chce. Robi to, na co ma ochotę. Zawsze z niewyparzonym językiem, nie przejmuje się tym co mówią inni. Stroni od mediów, ale nie od dobrej zabawy. Cieszy się życiem. Jest aferzystą zakochanym w Legii i kibicowskim świecie. Ma mocny charakter, choć potrafi się wzruszyć na reklamie. Tęskni za piwem na krawężniku i beztroskim życiem. Pomimo, że nie był tytanem pracy do 40. roku życia grał na najwyższym poziomie. Bramkarz, który w czasie swojej przygody z piłką wiele widział i wiele zrobił. Nie zawsze idealnie, ale na tyle dobrze, aby móc czuć się piłkarzem spełnionym. Choć jak sam mówi, gdyby prowadził się lepiej, mógłby zajść jeszcze dalej. Oto sylwetka króla Artura Boruca, legendy polskiego futbolu.
Legionista
Artur Boruc to legionista z krwi i kości. Można nawet powiedzieć: urodzony, aby nim być. Nigdy nie krył się z tym, jak mocno związany jest z Legią. A szczególnie z jej ruchem kibicowskim. Często mówił, że czuje się bardziej kibicem, aniżeli piłkarzem. I to właśnie w tym środowisku Boruc ma status największej legendy. Jako aktywny piłkarz wielokrotnie stawiał się na „Żylecie” i dopingował warszawski zespół. Nawet wtedy, kiedy grał za granicą, potrafił znaleźć czas, aby wskoczyć do „gniazda”, chwycić za megafon i poprowadzić doping kilkuset fanatyków Legii.
Kiedy zespół prowadzony przez trenera Vukovicia grał kilka lat temu w Glasgow z Rangersami, Boruc również i tam się pojawił. Na stadionie największego wroga, znienawidzonego rywala, kibiców, których wiele lat wcześniej prowokował. To było to, co kręciło Boruca. Życie kibiców. Ludzi oddanych swojemu klubowi. Fanatycznie w nim zakochanych. Kibicowskie potyczki na stadionie. I choć mógłby w tym czasie siedzieć w loży na stadionie, zajadając się najlepszymi potrawami i popijając najdroższe alkohole, albo spokojnie w domu przed telewizorem, on wybierał życie takie, jakie chciał − wśród swoich. Bo życie eleganckich panów w czarnych garniturach najzwyczajniej go nudziło.
Celtic i Europa
Transfer do Celticu był dla Boruca kapitalnym ruchem. Dostał tam ogromny kredyt zaufania: szansę na grę i występy w Lidze Mistrzów. Odpłacił się z nawiązką. Na kilka sezonów zamurował bramkę drużyny z Celtic Park. Nie dość, że fantastycznie spisywał się w lidze, w której sięgnął z klubem po trzy mistrzostwa Szkocji, to w dodatku dał się zapamiętać z bardzo dobrej strony w pucharach.











