28 sierpnia nastroje w domach kibiców Arsenalu przypominały stypę. Porażka 0:5 z Manchesterem City w kompromitującym stylu, brak punktów w pierwszych trzech meczach, wiele pytań na temat wzmocnień zespołu w letnim okienku transferowym. Nieco ponad dwa miesiące później drużyna z Emirates Stadium znajduje się na fali dziewięciu meczów bez porażki w lidze i pucharach. Arsenal przeszedł niesamowitą metamorfozę, która wywindowała go z powrotem do miana drużyny aspirującej do czołowej czwórki.
Niecałe dwa lata temu Mikel Arteta przeniósł się z Etihad Stadium do północnego Londynu. Były gracz Arsenalu po zebraniu szlifów w roli asystenta Pepa Guardioli postanowił podjąć duże ryzyko i wszedł do zdestabilizowanej szatni na The Emirates. Niewątpliwie to, co tam zastał, w żadnym stopniu nie spełniało jego oczekiwań.
Ewidentnie widać to po ruchach transferowych, jakie od tego czasu poczynili „Kanonierzy”. Po kilku miesiącach pracy bardzo szybko zostali odstawieni na boczny tor tacy gracze jak Shkodran Mustafi czy przede wszystkim Mesut Oezil. Niemiec tureckiego pochodzenia swoimi pojedynczymi przebłyskami nie był w stanie przysłonić swojej fatalnej dyspozycji. Sprawiający problemy wychowawcze Matteo Guendouzi, pewniak do gry przez przyjściem Artety, obecnie drugi sezon z rzędu spędza na wypożyczeniu poza klubem. Hiszpan zrobił porządki, dzięki którym znalazł miejsce dla nowych graczy.
Całkowicie przebudowano linię defensywną, która stanowiła największy problem od lat. Tylko w tym roku na The Emirates zawitali Ben White, Takehiro Tomiyasu, Nuno Tavares oraz Aaron Ramsdale. Każdy z tych transferów wywoływał obiekcje, ale jak na razie wszyscy spełniają oczekiwania z nawiązką. Jeżeli dodamy do tego sprowadzonego rok temu Gabriela, to mamy całkowicie nowy blok obronny. Środek pola, w obliczu kontuzji Granita Xhaki, także składa się z nowych nazwisk. Thomas Partey dopiero rok temu przeprowadził się do północnego Londynu. Albert Sambi Lokonga tego lata zamienił Brukselę na stolicę Anglii.
Liczba transferów, także tych wychodzących, pokazuje władzę Artety w klubie. Obecnie widzimy jego autorski Arsenal, na który Hiszpan wreszcie zdaje się mieć pomysł. Progres widoczny w poczynaniach jego zespołu widoczny jest niemal w każdym aspekcie.
Żelazna defensywa
W feralne sierpniowe popołudnie na Etihad Stadium zobaczyliśmy pokaz impotencji defensywnej. Mowa tutaj zarówno o taktyce, jak i indywidualnych wyczynach. Linia obrony Arsenalu wyglądała następująco: Leno – Tierney, Kolasinac, Holding, Chambers, Cedric. Wystarczy tutaj spuścić zasłonę milczenia.
Od tego czasu – aż trudno w to uwierzyć – Arsenal stracił zaledwie cztery bramki. Jeżeli przypomnimy sobie ich okoliczności, to jeszcze bardziej docenimy postawę bloku defensywnego. Dwa gole strzelone przez Crystal Palace padły po stratach środkowych pomocników, natomiast Tottenham i Aston Villa napoczęły „Kanonierów” w końcówkach golami honorowymi na 3:1. Widać, że trener Arsenalu znalazł receptę na notorycznie kompromitujący się w tyłach Arsenal.
Oczywiście wcześniej wspomniane zmiany personalne zdecydowanie pomogły Artecie ustawić defensywę w taki sposób, aby stanowiła pewny punkt zespołu. Ben White i Gabriel tworzą jeden z czołowych bloków obronnych w całej lidze. Swoją drogą w tym brytyjsko-brazylijskim zestawieniu występuje pewien paradoks. To Anglik częściej bierze się za wyprowadzanie piłki, natomiast Gabriel lepiej odnajduje się w walce z napastnikami rywali. Boczni obrońcy także wywiązują się ze swoich zadań. Zarówno Tomiyasu po prawej stronie, jak i Tierney lub Tavares po lewej tworzą ofensywne zagrożenie, nie zapominając o obowiązkach z tyłu.












