Jest w angielskim futbolu grupa osób, którą inni przedstawiciele zawodowej piłki na Wyspach skrytykować nie mogą – sędziowie. Nawet mimo popełniania praktycznie co tydzień kompromitujących błędów dysponują wręcz immunitetem nadanym przez angielską federację. Święte krowy, które niedługo dostaną w swoje ręce technologię VAR. Czy to coś zmieni czy jednak do beznadziejnego sędziowania w Premier League trzeba się zacząć przyzwyczajać?
Na łamach cyklu „Angielska herbata” wiele razy podkreślałem, że angielska ekstraklasa to produkt prawie doskonały. Z jedną poważną rysą – poziomem sędziowania. Arbitrzy w Premier League popełniają błędy, wielbłądy i jeszcze większe błędy. Wypaczają nierzadko rezultaty spotkań, wpływając tym samym na tabelę rozgrywek. Kompromitując się praktycznie co kolejkę, uznając gole strzelone ręką (w tym sezonie aż nader często), bramki ze spalonych czy nie pokazując ewidentnych kartek. Ośmieszają siebie i całą ligę.
Zdecydowana większość obserwatorów angielskiej ekstraklasy zaczęła do tej patologii się przyzwyczajać. Do końca przyzwyczaić się jednak nie da, bo i tolerowanie jej jest niemoralne. Patologię, która niszczy Premier League, trzeba piętnować. Tyle tylko, że wszystkie problemy, jakie powodują sędziowie, angielska federacja przykrywa czapką niewidką. Potem udaje, że nie widzi. Ona może nie, ale cały świat już tak. Gorzej jak ktoś z zawodników lub trenerów przyzna, że widzi. Wtedy ma problem z federacją.
W ostatnich dniach za podważanie autorytetu arbitra (jakby komicznie to nie brzmiało) karę w wysokości 45 tysięcy funtów zapłacił Jürgen Klopp. O co poszło? Na konferencji po meczu z West Hamem United Niemiec przyznał, że bramka dla Liverpoolu nie powinna zostać uznana przez Kevina Frienda. Ponadto dodał, iż uważa, że błąd arbitra był powodem tendencyjnego sędziowania w drugiej połowie na niekorzyść „The Reds”. Pojawiły się głosy, ze Niemiec zapłaci za mówienie prawdy. Jest w tym dużo racji.
Dzisiaj nas, jutro was
Angielska federacja zamyka albo przynajmniej stara się zamykać usta każdemu, kto twierdzi, iż w Premier League jest problem z sędziowaniem. Zamiast ten problem rozwiązać, żyją chyba w alternatywnym świecie. W takim, gdzie Martin Atkinson nie uznaje bramek strzelonych ręką, a sędziowie liniowi nadążają za akcją.
Gdyby nie to, że angielscy sędziowie mylą się na niekorzyść wszystkich zespołów, można by snuć teorie spiskowe. Jednak praktycznie co tydzień kto inny ma pod górkę dzięki „wytężonej” pracy arbitrów. Drużyna wybiega 110 kilometrów w trakcie meczu i cyk, rzut karny dla przeciwnika. A bo tak… To nie przejaskrawienie, to smutna rzeczywistość. Kolejne zespoły są (nie bójmy się użyć tego terminu) okradane. Z premii za zwycięstwo, a w szczególnych przypadkach z marzeń o utrzymaniu czy zajęciu czołowych lokat. To smutne, bo przy tak beznadziejnym poziomie sędziowania aspekt sportowy bardzo często nie decyduje o końcowym wyniku.
Kary i frustracja
To prowadzi do frustracji zawodników i trenerów. W szczególności szkoleniowców, których praca nierzadko wisi na włosku. Dlatego hamulce puściły Kloppowi, dlatego gorąco zrobiło się po meczu Burnley – Tottenham Hotspur. Byłoby jeszcze cieplej, gdyby piłkarze nie odsunęli (choć naprawdę w subtelny sposób) Mauricio Pochettino od Mike’a Deana. Powodem był m.in. rzut rożny, po którym „Spurs” stracili bramkę, a którego najprawdopodobniej być nie powinno. Ot, standard. W minionej kolejce po prostu trafiło na Tottenham Hotspur…












