Prime time: Adriano – upadły „Imperator”


"Co by było, gdyby...". Ta fraza do nikogo innego nie pasuje tak dobrze jak do Adriano. Dziś po legendarnym "Imperatorze" pozostają tylko wspomnienia

29 kwietnia 2020 Prime time: Adriano – upadły „Imperator”
Wikipedia commons

Ilu było już takich zawodników, który zapowiadali się na gwiazdę futbolu, a ostatecznie kompletnie zaprzepaścili własną karierę. Adriano był jednak kimś więcej niż tylko utalentowanym piłkarzem. "Imperator" miał potencjał, by zbliżyć się wielkością do samego Ronaldo Nazario, jednak po jego umiejętnościach pozostały tylko legendy. Oto historia Adriano Leite Ribero, człowieka, który zamknął sobie ścieżkę na futbolowy szczyt.


Udostępnij na Udostępnij na

Adriano urodził się w 1982 roku w Rio de Janeiro. Dziś tamtego zawodnika można określić jako książkowy przykład utalentowanego Brazylijczyka z faweli. Grywał na prowizorycznych boiskach i marzył o tym, by poprzez futbol wyrwać się z otaczającej go rzeczywistości. Jak się później okazało, nigdy miał z niej już nie uciec.

Zaczynał w lokalnej drużynie, skąd wypatrzyli go skauci Flamengo. W 1999 roku Adriano dostał się do juniorskiej sekcji tego klubu, początkowo był stawiany na lewej obronie. Nie upłynęło jednak wiele czasu, zanim poznano się na jego umiejętnościach strzeleckich. Czekał rok, aż dostanie szansę debiutu w dorosłej kadrze zespołu. Tę jednak wykorzystał znakomicie i już w drugim meczu udało mu się zdobyć bramkę.

Dobra gra zaowocowała nowym kontraktem i pojawieniem się na radarze europejskich klubów. Rękę po Adriano wyciągnął sam Inter, który wtedy był jedną z największych potęg światowego futbolu. Za niespełna 20-letniego Brazylijczyka Włosi zapłacili wówczas około 10 mln euro.

Trudne początki

Pierwsze miesiące Adriano w nowej lidze nie były jednak usłane różami. Młody Brazylijczyk nie znał zbyt wiele słów po włosku, a Serie A – wówczas najmocniejsza liga świata – oznaczała mordercze treningi i nieustępliwych przeciwników. Co prawda udało mu się dzielić szatnię z Ronaldo Nazario, ale jego rodak skutecznie blokował mu drogę do pierwszej jedenastki „Nerazzurrich”. Trudności sprawiał mu także przeskok kulturowy – młody gwiazdor musiał przestawić się z frywolnego życia w faweli do eleganckiego stylu Mediolanu. Jego kariera nie wystartowała tak, jakby tego pragnął, zdobył w lidze zaledwie jedną bramkę.

Rozczarowujący okres gry Brazylijczyka spowodował, że klub postanowił się go pozbyć. Po zawodnika zgłosiła się wówczas Parma, która znajdowała się momencie przebudowy – z drużyną pożegnały się takie nazwiska jak Gianluigi Buffon czy Fabio Cannavaro. Z czasem okazało się jednak, że wybór ten okazał się dla Adriano strzałem w dziesiątkę.

Pod okiem Cesara Prandellego i u boku Adriana Mutu „El Imperator” wreszcie zaczął udowadniać skalę swojego talentu. W pierwszym sezonie dla Parmy zdobył łącznie 22 bramki i szybko powrócił na listę najgorętszych nazwisk w Europie. Włosi zachwycali się kolejnymi trafieniami przebojowego Adriano, który raz za razem terroryzował linie obrony rywali. Jego cechami rozpoznawczymi stały się szybkość, siła fizyczna i przede wszystkim siła uderzenia. Do dziś fani elektronicznej rozrywki wspominają jego atomowe strzały z Pro Evolution Soccer 2006.

Adriano na szczycie

Odrodzenie Adriano sprawiło, że w Mediolanie ponownie zainteresowano się jego usługami. Tym razem jednak cena, jaką Inter musiał zapłacić, była dużo wyższa. Brazylijczyk powrócił na San Siro z metką 23 milionów euro. Wraz ze wzrostem ceny zmienił się też jego status. Adriano nie był już zagubionym nastolatkiem – teraz wkraczał do zespołu jako gwiazdor z prawdziwego zdarzenia, jako ukształtowany napastnik, który wzbudzał strach w sercach rywali.

To właśnie ten okres, między latem 2004 a latem 2005 roku, uznawany jest dziś za szczytowy moment gry „Imperatora”. W ciągu wspomnianego roku zdobył aż 42 gole dla Interu i reprezentacji, z którą wygrał Copa America i Puchar Konfederacji. W pamięci Brazylijczyków najmocniej zapisał się finał tego pierwszego turnieju i starcia przeciwko Argentynie, w którym Adriano doprowadził do remisu w ostatniej akcji spotkania. „Canarinhos” wygrali później po rzutach karnych, a jedną z „jedenastek” wykonał oczywiście zawodnik z numerem 7. Adriano w tamtej chwili był wielki.

Szczytowa forma Adriano sprawiła, że Inter zaproponował mu przedłużenie kontraktu aż do 2010 roku, wiążącego się oczywiście ze znaczną podwyżką. Jak się jednak okazało, Brazylijczyk nie był w stanie go wypełnić, a jego doskonała forma z czasem zanikała.

Załamanie

Jak to się więc stało, że dzisiaj o karierze Adriano możemy rozmawiać wyłącznie w trybie przypuszczającym? Dlaczego jeden z najlepszych napastników w Europie kilka lat później stał się pośmiewiskiem Serie A? Historia „Imperatora” uczy nas tego, jak ważna w karierze piłkarza jest psychika.

Punktem zwrotnym w życiu Adriano była nagła śmierć jego ojca, który zmarł nocą 4 sierpnia 2004 roku, zaledwie dziewięć dni po finale Copa America. Niezwykle bliska relacja Adriano z Almirem Leite Ribeiro była jednym z głównych katalizatorów jego kariery. Brazylijczyk wspominał po latach, że to właśnie postać ojca motywowała go do przełamywania kolejnych granic w futbolu. Nic więc dziwnego, że młody zawodnik bardzo przeżył swoją stratę.

Adriano i jego ojciec byli ze sobą niezwykle zżyci. Pewnego razu stało się coś szokującego. Dostał taki telefon z Brazylii: „Adi, tata nie żyje…”. Byłem wtedy z nim w pokoju. Rzucił telefonem o ścianę i zaczął krzyczeć. Trudno sobie wyobrazić taki krzyk. Ja do dziś mam gęsią skórkę. Od tego dnia razem z Massimo Morattim otoczyliśmy go wsparciem, jak młodszego brata. Javier Zanetti

Brazylijczyk nie mógł poradzić sobie z nową sytuacją, w której to on stał się nagle głową rodziny. Pogłębiająca się depresja zaczęła sprowadzać Adriano na drogę alkoholu, imprez i narkotyków. Ucieczką od problemów okazały się kieliszek i włoskie kobiety, które z czasem coraz mocniej utrudniały zawodnikowi skupienie się na futbolu. Zaczął spóźniać się na treningi, a w jego grze można było dostrzec zauważalny regres.

– W tamtym czasie czułem się szczęśliwy wyłącznie wtedy, gdy piłem. Mogłem zasnąć tylko wtedy, gdy wypiłem. Mój trener Roberto Mancini oraz moi koledzy z drużyny zauważyli, że na trening przyjechałem na kacu. Bałem się, że spóźnię się na trening, więc piłem. Spałem na oddziale medycznym Interu, a klub mówił dziennikarzom, że mam problemy mięśniowe – wyznał Adriano w 2017 roku.

Upadek Brazylijczyka dał się we znaki już latem 2006 roku, w trakcie niemieckiego mundialu. Jego naród miał wielkie oczekiwania wobec swojej naszpikowanej gwiazdami drużyny, która miała obronić złoty medal sprzed czterech lat. Zamiast jednak scementować swoją pozycję na piłkarskim panteonie, Adriano był tylko cieniem samego siebie. Chociaż „Imperator” dwukrotnie trafiał w fazie grupowej, to w powietrzu dało się wyczuć, że coś jest nie tak. Obawy potwierdziły się już w ćwierćfinale, w którym Brazylia musiała uznać wyższość reprezentacji Francji. Adriano, tak jak jego drużyna, był kompletnie zagubiony na boisku.

Chociaż miał wtedy zaledwie 24 lata, jego czas już się kończył.

Upadek „Imperatora”

W sezonie 2006/2007 Adriano zdobył zaledwie pięć bramek w lidze. Jeszcze gorzej było w kolejnym, co przelało czarę goryczy i wyczerpało cierpliwość prezydenta Morattiego. W klubie zdecydowano, że Adriano potrzebuje nieco czasu, by przewietrzyć głowę i spojrzeć na swoje życie z pewnej perspektywy. Zgodzono się, by Brazylijczyk powrócił na jakiś czas do ojczyzny. „El Imperator” rozpoczął treningi w tamtejszym Sao Paulo, w którym ostatecznie wylądował na wypożyczeniu. Z początku wiodło mu się tam nieźle, bo nawet ustrzelił dublet w debiucie, a fani szybko go pokochali.

Potem jednak przyszła czerwona kartka za uderzenie rywala głową, spóźnienia na treningi oraz powrót do alkoholu. Historia z Mediolanu zatoczyła koło, ale w nowym klubie Adriano nie miał już tak wyrozumiałych przełożonych. Z napastnikiem pożegnano się szybko i ozięble.

– Adriano opuścił obiekt treningowy, ponieważ sam tego chciał. Drużyna za nim nie tęskni. Jeśli nie jest szczęśliwy w Sao Paulo, może sobie odejść – grzmiał dyrektor sportowy brazylijskiego klubu.

Piłkarz powrócił do Interu, w którym panował już Jose Mourinho. Portugalczyk próbował jeszcze dotrzeć do zawodnika i wskrzesić jego karierę. Ponoć pokłócił się nawet z zarządem klubu w jego obronie, za co piłkarz miał mu później być wdzięczny. Jak się jednak okazało, były to próżne starania. 24 kwietnia 2009 Inter rozwiązał kontrakt z zawodnikiem, po tym jak Adriano bez słowa wyleciał do Brazylii.

– Zanim przybyłem do klubu, Inter zrobił wszystko, co w swojej mocy, by pomóc Adriano. Próbowałem ja, jako trener i człowiek, próbowali koledzy z drużyny i prezydent klubu. Teraz zobaczymy. Najważniejsze jest to, że jest szczęśliwy. Straciliśmy zawodnika, ale jeśli to sprawi mu radość, to wszystko gra – mówił „The Special One” na konferencji prasowej.

Ostatni błysk Adriano

Adriano postanowił powrócić do miejsca, gdzie wszystko się zaczęło. Na jeszcze jeden krótki moment kariera Adriano ponownie zalśniła blaskiem. Przez chwilę przypominał tego goleadora, który w barwach Parmy i Interu był nie do zatrzymania. Napastnik pomógł swojemu Flamengo w zdobyciu pierwszego mistrzostwa kraju od 17 lat, zdobywając 19 bramek.

Renesans formy „Imperatora” sprawił, że na jego usługi nabrał się kolejny klub z włoskiej Serie A – AS Roma. Adriano trafił więc do Rzymu, gdzie jednak ostatecznie udowodnił, że do poważnej piłki już nie powróci. Mimo otrzymania aż trzyletniego kontraktu i prestiżowego numeru 8, Brazylijczyk wystąpił w zaledwie pięciu ligowych spotkaniach. Później został wybrany na najgorszy transfer sezonu we Włoszech, a klub rozwiązał z nim kontrakt.

Adriano powrócił do Kraju Kawy, w którym udało mu się jeszcze zagrać w barwach Corinthians. W tamtym czasie Brazylijczyk walczył jednak z licznymi urazami, a czas wolny od futbolu poświęcił temu, co tak bardzo kochał – imprezom i kobietom.

– Czasami imprezy odbywały się w jego mieszkaniu, ale Corinthians starali się trzymać je na oku. Zamiast tego chodziliśmy więc do nocnych klubów. Pewnego ranka klub zorganizował mu spotkanie z fizjoterapeutą w jego domu. Sesja się nie odbyła, bo on nie wrócił jeszcze z nocnej balangi – opowiadał jeden z kolegów Adriano na łamach „FourFourTwo”.

Mimo wyniszczającego stylu życia napastnik zaliczył jeszcze jeden moment chwały, zdobywając arcyważnego gola w meczu z Atletico. Ta bramka znacznie przybliżyła Corinthians do późniejszego tytułu mistrzowskiego.

***

W jego karierze próżno było później szukać jakichkolwiek przebłysków. Jego ostatnim przystankiem przed piłkarską emeryturą było Miami United, w którym nawet nie zadebiutował. Dziś Adriano żyje razem z rodziną w Brazylii, gdzie angażuje się w gangsterskie życie lokalnej społeczności.

Historia Adriano ostatecznie okazała się smutna, niedokończona i pełna niedosytu. Brazylijczyk miał futbolowy świat w zasięgu ręki, jednak nie potrafił po niego sięgnąć. Nagła śmierć ojca, depresja oraz alkohol okazały się dla niego zbyt trudnym połączeniem. Dziś możemy jedynie wspominać sylwetkę legendarnego „Imperatora” i zastanawiać się, co by było, gdyby…

Zapraszamy do lektury pozostałych tekstów z serii „Prime time”:

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze