Przed rewanżem 1/8 finału Ligi Mistrzów Bayern Monachium wydawał się drużyną, która jest niemal doskonała. W Bundeslidze jedna porażka, trzy remisy i 21 zwycięstw. W Champions League pięć zwycięstw, remis i porażka. Wydawało się, że „Bawarczyków” są w stanie zatrzymać jedynie Real lub Barcelona.
Nikt nie przewidywał, że Bayern jest w stanie zagrać tak słabo jak wczoraj. Przyznaję, że sam przewidywałem, iż Fabiański albo zostanie bohaterem (został, ale niesłusznie), albo po kanonadzie monachijczyków zatriumfują angielskie media. Po trafieniu Olivera Giroud wyrokowałem, że podrażniony Bayern ruszy do szaleńczych ataków. Kiedy po pierwszej połowie gospodarze nadal przegrywali, byłem przekonany, że Jupp Heynckes zmotywuje swoich piłkarzy i po przerwie zadowolą oni swoich kibiców. Nic z tego. Bayern ostatecznie awansował do ćwierćfinału tylko dzięki bramce na wyjeździe. Po raz piąty w historii, co jest najlepszym wynikiem ze wszystkich drużyn.

Uli Hoeness powiedział wprost: „Od trzech tygodni gramy piękne gówno”. Trudno się z tym nie zgodzić. Bayern prezentował się zupełnie jak Barcelona w poprzednim miesiącu. Było dużo podań, przewaga nad rywalem, ale niewiele z tego wynikało. Problemy „Dumy Katalonii” były oczywiste (brak trenera, schematyczna gra, Xavi bez formy) i udało się im zaradzić. Co w takim razie dolega zespołowi z Monachium?
Według mnie problemem numer jeden jest Arjen Robben. Już po świetnej rundzie wiosennej twierdziłem, że do dobrej formy Bayernu bardzo przyczyniło się posadzenie na ławce holenderskiego skrzydłowego. W znacznej mierze przez liczne kontuzje, ale to akurat nieco mniej ważne. Zarówno na niego samego, jak i całą drużynę „Bawarczyków” wpłynęło to bardzo dobrze. Ribery z Müllerem zabawiali się z rywalami, a Robben, gdy już grał, w niczym już nie przypominał tego Robbena z końcówki poprzedniego sezonu. Wysoko unosił głowę, grał kombinacyjnie, szukał partnerów, walczył w defensywie. A kiedy w ćwierćfinale Pucharu Niemiec strzelił Borussii Dortmund gola, który dał Bayernowi zwycięstwo, wydawało się, że Holender w końcu może prowadzić ekipę do sukcesów. Jednak wczoraj Robben potwierdził, że nie jest piłkarzem wybitnym, ale jedynie bardzo dobrym. Irytował próbami dryblingów. Mandzukić i Gomez raz po raz szeroko rozkładali ręce, gdy wychodzili na pozycje i nie otrzymywali futbolówki. Zamiast szukać prostopadłych podań, rozciągał grę na boki. Uderzał niecelnie z dystansu. Zbiegał do środka albo na prawą stronę i w efekcie na lewej flance była jedna wielka dziura, co ułatwiało Arsenalowi obronę. I w końcu – w świetnej sytuacji po kapitalnym podaniu Müllera uderzył wprost w Fabiańskiego. Robben ponownie stał się obiektem kpin.
Drugi problem Bayernu łączy się z pierwszym, ale na szczęście dla monachijczyków, dotyczy tylko meczu z Arsenalem. Mianowicie chodzi o brak Francka Ribery’ego. Francuz jest motorem napędowym „Bawarczyków” i w momentach słabości potrafi pociągnąć zespół do przodu, a tego wczoraj bardzo wyraźnie brakowało. Człowiek z blizną jest kontuzjowany i to właśnie za niego grał Robben. Gdyby tak się nie stało, być może gra Bayernu wyglądałaby inaczej (a szczególnie wynik).










