Piękno futbolu – oraz generalnie sportu – polega na tym, że każda, nawet najgenialniejsza i najjaśniej świecąca sportowa dynastia w końcu upada. Spektrum piłkarskich hegemonów jest bardzo szerokie – od mitycznych Węgrów w latach 50. aż do globalnej, XXI-wiecznej dominacji barcelońskiej tiki taki. Starzy monarchowie abdykują, do głosu dochodzą młode książątka. Historia toczy się swoim niewzruszonym torem. Tegoroczne półfinały Ligi Mistrzów pokazują nam, iż nikt nie jest nieomylny i po każdą mistrzowską dynastię przyjdzie w końcu zegarmistrz światła purpurowy…
Wczorajszy spektakl na Santiago Bernabeu wysłał światu jasny przekaz – oto wyłania się nie tylko niemiecka potęga, ale dewaluują się także sprawdzone i niezawodne dotąd wzorce. Na blogach czołowych polskich dziennikarzy (m.in. Michała Okońskiego i Rafała Steca) trwa polemika na temat Jose Mourinho. Spece od pióra bronią bądź ganią „Pana Nieomylnego”, ja bym jednak odwrócił te proporcje – to nie Mou się zepsuł bądź zrobił błąd, to Klopp przyszedł po swoje i zachłannie wyszarpał główną nagrodę. To typowa retoryka sportu. Analogię można znaleźć w biegach sprinterskich. Kilkanaście lat temu czarował Maurice Greene, teraz jest błogosławiony Usain Bolt. Być może jest to porównanie ryzykowne, jednak trudno nie mieć wrażenia, że trener Borussii kroczy ścieżką dawno temu wydeptaną przez „The Special One”.
Istnieje pewna maksyma brzmiąca: jesteś tak dobry jak twój ostatni mecz. Oczywiście największym przegranym dwumeczu kastylijsko-westfalskiego – oprócz Mou – jest Cristiano Ronaldo. CR7 był cieniem samego siebie, a jeśli być szczerym i uczciwym, to był on pierwszym piłkarzem „Królewskich” do zmiany. Wiadomo – portugalski goleador ma na Santiago Bernabeu status półboga i takich jak on się z boiska nie zdejmuje, jednak wyłóżmy karty na stół – projekt wygrania LM, tak szumnie okraszony dumnie brzmiącym określeniem decima, legł w gruzach, a brzmiąca jeszcze monumentalniej remontada zamieniła się w degrengoladę. Ktoś czepialski podniesie raban – ale jak to, przecież Real był tak blisko, na wyciągnięcie nogi wbijającej trzecią bramkę. Liczą się fakty i wyniki. Borussia przegrała 0:2, bo mogła przegrać 0:2 i to ona zagra w wielkim finale.
Boski Jose, zapytany po wczorajszym meczu o to, czy będzie w przyszłym sezonie trenował Real, odparł jak to on enigmatycznie: – Może nie… Chcę pracować tam, gdzie będę kochany.
Nie od dzisiaj wiadomo, że Portugalczyk jest mistrzem ciętej riposty, piłkarskich bon motów oraz dykteryjek, miesiącami dających chleb oraz pożywkę wszelkiej maści dziennikarzom. Mourinho rzadko kiedy mówi w otwarty sposób. Zazwyczaj jego słowa są mocno zawoalowane, nierzadko trzeba czytać między wierszami. Nie jest jednak tajemnicą, iż nie po drodze jest mu z obecnymi włodarzami Realu, za plecami obgadującymi go jako krnąbrnego i niegodnego piastowania funkcji trenera Realu. Oczywiście słowa słowami, ale w ostatecznym rachunku szkoleniowca rozlicza się za wyniki. A te na kolana nie powalają – ligę hiszpańską Mourinho przegrał gdzieś przed połową sezonu, a priorytetowe plany wygrania LM spełzły na niczym. Działacze „Królewskich” sugerowali także nieraz, że standardy zachowań Portugalczyka znacząco różnią się od tych preferowanych na Santiago Bernabeu.









