Czy wiecie, który kraj ma największą liczbę menedżerów na ławkach zespołów Ligi Mistrzów w bieżącym sezonie? Jeśli nie, a chcecie się dowiedzieć, to koniecznie przeczytajcie ten artykuł.
Liga Mistrzów to najbardziej prestiżowe rozgrywki europejskie, które oprócz sławy i możliwości gry z najlepszymi dają wysokie nagrody finansowe. Poza najlepszymi piłkarzami globu występują tu też najlepsi sędziowie, ale również najlepsi trenerzy. Których jest najwięcej, chciałoby się pomyśleć. Nieco narcystycznych, ale pewnych siebie i swoich umiejętności Holendrów? A może mistrzowie świata – Niemcy mają ich najwięcej? A są przecież i Włosi, którzy akuratnie przeżywają ucieczkę swoich najbardziej tęgich głów trenerskich z kraju za granicę? W żadnym z powyższych wypadków nie jesteśmy poprawni. Największa grupa trenerów w LM pochodzi z Półwyspu Iberyjskiego, a konkretnie z Portugalii.
Nie zawsze tak było. Jako przełomowy moment należy traktować wygranie LM przez FC Porto prowadzone przez Jose Mourinho w 2004 roku. Po tym niezwykykłym, pełnym sukcesów sezonie Portugalczyk został zatrudniony przez londyńską Chelsea, a za nim podążyli kolejni rodacy na mniej lub bardziej intratne posady na całym kontynencie. Nie zawsze rzecz jasna były to kluby pokroju Chelsea. Ale ważny był sam efekt. Fakt, że coraz więcej Portugalczyków było zatrudnianych na Starym Kontynencie, był i dalej jest powodem do dumy dla tego niewielkiego kraju i dowodem na sprawny system szkolenia, który potrafił dostarczyć tak dużą liczbę wykwalifikowanych trenerów.
Dwóch z sześciu omawianych trenerów pracuje dla krajowych klubów i są nimi Jorge Jesus – trener Benfiki Lizbona oraz coach innego klubu ze stolicy Portugalii, czyli Sportingu – Marco Silva. Czterech pozostałych pracuje poza granicami kraju, a są nimi Jose Mourinho(Chelsea Londyn), Andre Villas Boas (Zenit St. Petersburg), Leandro Jardim (AS Monaco) i Paulo Sousa (FC Basel). Jest to mocna grupa reprezentacyjna składająca się w dużej mierze ze szkoleniowców, którzy dopiero wytaczają sobie szlaki w wielkiej piłce i są bliżej początku swojej kariery niż końca (poza Mourinho i Jesusem). Jedno zaś jest pewne. W najbliższych latach trudno się spodziewać, aby kraj ze stolicą w Lizbonie miał problemy z kandydatami na stanowisko selekcjonera kraju.
Mourinho to rzecz jasna najbardziej znana postać z całej szóstki. Sukces w Porto przekuł w kolejne triumfy w Londynie, a później w Mediolanie. Nieco gorzej poszło mu, gdy miał pod swoją opieką piłkarzy Realu Madryt, odszedł stamtąd skłócony z duża grupą piłkarzy i wszedł drugi raz do tej samej rzeki, czyli wrócił do Chelsea. Menedżer Chelsea nie kreuje swojego wizerunku tylko poprzez osiągane wyniki, robi to bardzo umiejętnie. Jego konferencje prasowe są uznawane za jedne z najciekawszych, bo nigdy nie wiadomo, czego się po nim spodziewać. Inaczej postępuje jego uczeń, Andre Villas Boas. AVB jest znacznie bardziej skromny, zamknięty w sobie i odporny na łatki, które przypisują mu media (na początku kariery w Chelsea został okrzyknięty The Special Two). Ale podobnie jak jego nauczyciel, trener Zenitu jest świetnym taktykiem. Tylko nieco inaczej usposobionym – o ile Mou stawia przede wszystkim na dobrze zorganizowaną defensywę, która jest dla niego kluczem do dobrego funkcjonowania drużyny, to AVB stawia przede wszystkim na atak. Wysoki pressing, schodzący do środka skrzydłowi, obaj boczni obrońcy podłączający się do akcji ofensywnych – to cechy charakterystyczne czy to Porto, które prowadził, czy Tottenhamu. Ale młodemu Portugalczykowi nie wszystko idzie tak po myśli, jakby chciał. Dwie z jego wyspiarskich przygód zakończyły się finalnie klapami – w Chelsea wbrew wszystkiemu postawił na odmłodzenie składu, co doprowadziło do buntu starszych liderów drużyny, a w Tottenhamie dostał za mało czasu na odbudowę drużyny po odejściu Bale’ a. Teraz, całkiem skutecznie, odbudowywuje swoją reputację w St. Petersbugu, gdzie osiąga podobne wyniki jak z FC Porto, totalnie dominując ligę rosyjską.










