Jak to jest możliwe, że Hiszpania – kraj, jeśli chodzi o liczbę ludności, przecież wcale niewiele większy od Polski – od sześciu lat niepodzielnie panował w piłkarskim świecie, a nasza reprezentacja od lat wielu nie potrafi dać nam choćby odrobiny szczęścia? Jak to jest możliwe, że z każdym kolejnym rokiem przybywa mu młodych, perspektywicznych piłkarzy, którzy z dnia na dzień mogą stać się najlepszymi na świecie? Nawet teraz, kiedy „La Furia Roja” boleśnie pożegnała się z brazylijskim mundialem, na Półwyspie Iberyjskim dalej panuje przekonanie, że Hiszpanie na kolejnym wielkim turnieju znowu będą liczyć się w walce o najwyższe cele.
Jak to jest możliwe? Odpowiedź wydaje się banalnie prosta. Najmłodsi adepci sztuki piłkarskiej swoje pierwsze kroki w futbolu stawiają pod okiem byłych zawodowych piłkarzy, którzy ledwie co zawiesili buty na kołku. Oni nie myślą o wakacjach, o tym, żeby zarobione miliony roztrwaniać przez najbliższe lata. Myślą o kształtowaniu kolejnych piłkarskich generacji. Zadają sobie wiele trudu, aby nabyć niezbędne uprawnienia i papiery. Bo zostać trenerem europejskim to wcale nie jest jakieś hop-siup. Piłkarz, który porzucił aktywne uprawianie sportu, musi mieć w sobie siłę, chęci i ambicje, aby swoją wiedzę przekazywać innym. Tą drogą poszła jedna z największych postaci w historii światowego futbolu, Zinedine Zidane.
Hiszpańskie media od kilku dobrych tygodni głośno mówiły o tym, że legenda francuskiego futbolu nie będzie dalej w przyszłym sezonie asystentem Carlo Ancelottiego w Realu Madryt. Marzeniem Zizou było samodzielne kierowanie piłkarską drużyną. Dlatego też Francuz przez dwa ostatnie lata odbył setki godzin szkoleń, pokonał tysiące kilometrów, aby to marzenie móc wkrótce urzeczywistnić. Wraz z kolejnym papierkami zbieranymi do teczek telefon Zidane’a zaczął się urywać. Najwięcej mówiło się rzecz jasna o powrocie do Francji. Tam bój o łysego maestro stoczyć miały AS Monaco i Girondins Bordeaux. Zizou rzekomo zastanawiał się nad obydwoma kierunkami, jednak Florentino Perez ani myślał oddawać swojego drugiego w kolejności sprowadzonego do Realu galaktycznego. Kilka dni temu hiszpańska prasa zaczęła pisać o tym, że Zinedine może zostać trenerem zdegradowanego nie tak dawno do Segunda Division B Realu Madryt Castilla. Rach-ciach nadchodzi 25 czerwca i wszystko jest już załatwione. Oficjalna informacja poszła w świat, kolejna grupka dzieciaków z cantery „Królewskich” już ma łzy w oczach i nie może doczekać się rozpoczęcia pracy Zidane’a.
Grupką dzieciaków nie nazywam rzecz jasna piłkarzy występujących w samej Castilli, która jest przecież zapleczem dla zespołu prowadzonego przez Carlo Ancelottiego. Grupką dzieciaków nazywam wszystkich tych, którzy dopiero szlifują swoje piłkarskie umiejętności, ale już są na tyle ambitni, aby pukać do drzwi drugiej drużyny Realu. A takich perełek nie brakuje. Nie od dzisiaj mówi się co prawda, że Barcelona talenty wychowuje, a madrytczycy je produkują, aby później na nich zarobić. Czy ktoś przychyla się do tych teorii, czy nie, doskonale wie, że praca z młodzieżowcami to jedna z najważniejszych rzeczy w piłkarskim rzemiośle. To dzięki temu, że dany Józio czy Franio mogą wziąć udział w treningu pod okiem kogoś takiego jak Zidane, później ten Józio z Franiem są o stokroć bardziej pewni siebie. I to da się wyczuć na boisku. Podobnie jak da się wyczuć zmysł samego Zidane’a, który nosa chociażby do transferów zdradził, nakłaniając Florentino Perezowi wyłożenie 10 milionów euro na nikomu nieznanego Raphaela Varane’a. Dzisiaj były piłkarz RC Lens jest bodaj najlepiej zapowiadającym się stoperem na świecie, będącym ostoją reprezentacji Francji na mundialu w Brazylii. Teraz Zidane nie będzie musiał szukać sobie takich perełek. Te perełki będzie miał dzień w dzień na wyciągnięcie ręki. Bo takich naprawdę w Madrycie nie brakuje.











