Gdy Izabella Łukomska-Pyżalska przejmowała klub, niewielu poważnie traktowało jej słowa o wielkiej Warcie, jaką zamierza stworzyć. Pani prezes dość szybko utarła jednak nosa krytykom, ponieważ w rundzie wiosennej drużyna z Poznania przegrała zaledwie jedno spotkanie i jest bliska utrzymania się w lidze. Ba, ma nawet szansę na tytuł mistrza wiosny! Czy mamy zatem do czynienia z „zieloną rewolucją”?
Po rundzie jesiennej Warta zajmowała dopiero 16. pozycję w lidze. Atmosfera w drużynie była bardzo napięta, ponieważ sytuacja finansowa klubu nie należała do najlepszych. Brak pieniędzy niekorzystnie wpływał na wyniki drużyny. Wydawało się, że dwukrotni mistrzowie Polski opuszczą grono pierwszoligowców. W przerwie zimowej nastąpił jednak nieoczekiwany zwrot akcji. 19 stycznia ogłoszono, iż nowym prezesem Warty zostanie Izabella Łukomska-Pyżalska, która męskiej części fanów Warty znana była głównie z rozbieranych sesji w popularnych magazynach dla mężczyzn. Mało kto przypuszczał, iż osoba spoza piłkarskiego światka będzie w stanie w tak krótkim czasie stworzyć niezłą drużynę. Zastrzyk gotówki sprawił, że piłkarze uwierzyli w nadejście lepszych czasów. Do klubu powrócił znany w Poznaniu trener Baniak. Dodatkowo Wartę wzmocnili tacy zawodnicy, jak Maciej Scherfchen, Andrzej Bledzewski, Krzysztof Gajtkowski czy Artur Marciniak, którzy z dnia na dzień stali się mocnymi ogniwami drużyny. Nowa pani prezes sprowadziła jeszcze kilku nowych zawodników, dzięki którym zwiększyła się rywalizacja o miejsce w pierwszej jedenastce.

Wszystkie te czynniki pozytywnie wpłynęły na sytuację klubu. Atmosfera uległa znacznej poprawie. Stabilizacja finansowa sprawiła, iż piłkarze wreszcie zaczęli myśleć o grze w piłkę. W rundzie jesiennej różnie bowiem z tym bywało. Spokojnie przepracowany okres przygotowawczy był dla zawodników niesamowicie ważny. Efekty było widać już w pierwszym meczu na wiosnę, kiedy to Warta ograła na wyjeździe Termalicę Bruk-Bet Niecieczę. W kolejnym meczu podopieczni Bogusława Baniaka znów zdobyli trzy punkty, pokonując w Wodzisławiu Odrę. Prawdziwym wyznacznikiem możliwości „Zielonych” miał być jednak kolejny pojedynek z GKS- em Katowice. Przyznam, że sam z ciekawości wybrałem się na to spotkanie. Chciałem nie tylko zobaczyć w akcji piłkarzy, ale również przyjrzeć się działaniom marketingowym mającym na celu przyciągnięcie uwagi poznaniaków do Warty. Mimo iż przed stadionem byłem przed otwarciem kas, to na sam obiekt dostałem się na pięć minut przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Organizatorzy nie spodziewali się aż tak wielkiego zainteresowania meczem pierwszoligowej drużyny i nie podołali zadaniu. Sporo osób zdecydowało się przyjść na stadion z dziećmi, by pokazać im jedną z aren Euro 2012. Część widowni została skuszona tym, że w trakcie meczu można było złapać wyrzucane w trybuny szaliki oraz darmowymi kiełbaskami. Jeśli chodzi o doping, to trzeba uczciwie przyznać, że kwestia ta nie wyglądała najlepiej. Oczywiście fanatycy Warty przez cały mecz starali się wspierać swoją drużynę, lecz nie poderwali pozostałych osób przybyłych na stadion, przez co można było odnieść wrażenie, iż znajdujemy się na pikniku. W mojej opinii, wraz z kolejnymi meczami sytuacja ta będzie ulegała poprawie. Jak wspomniał bowiem po meczu trener Baniak w krótkiej rozmowie ze mną, poznaniacy dopiero uczą się kibicowania Warcie i z każdym kolejnym spotkaniem kultura dopingu będzie coraz wyższa. Wracając do samego spotkania, bardzo dobrze grający gospodarze pokonali gości ze Śląska 2:1 i po raz kolejny zainkasowali komplet punktów.














