Gdy małe dziecko wchodzi do sklepu z zabawkami, to często gubi się i każda zabawka przykuwa jego uwagę. Zazwyczaj trudno odnaleźć je później rodzicom. Mamy niestety wrażenie, że Filip Marchwiński też jest takim dzieckiem, który dostał wiele na bardzo wczesnym etapie kariery, i teraz się zagubił. Wszyscy go szukają, dają mu szansę, a on zawodzi. Powoli wszystkim kończy się już cierpliwość do niego, a przecież jest to dopiero 20-latek.
Debiutował jeszcze za czasów Adama Nawałki – wspominamy, aby uświadomić szmat czasu, jaki miał, żeby zaistnieć. W Lechu Poznań z obecnej kadry dłużej jest tylko Joao Amaral. I tak od tego czasu – dokładnie 16 grudnia 2018 roku – Filip Marchwiński zawodzi. Zdarzają się małe przebłyski, ale jeśliby zapytać jakiegoś kibica o „złotego chłopca poznańskiej piłki”, to bez mrugnięcia okiem odparłby: porażka. Wszyscy głównie pamiętają te słabe momenty Marchwińskiego.
Filip Marchwiński – zdolny hamulcowy
Doszliśmy chyba do ściany. W zasadzie widząc Filipa Marchwińskiego w wyjściowej jedenastce, wszyscy wzdychają i pytają się: „po co?”. To nie jest tak, że „dziesiątka” Lecha nie dostaje szans, jak to zdarza się często u młodych piłkarzy. Wychowanek „Kolejorza” dostaje tych szans aż za dużo i niestety w ogóle się nie broni na boisku. Kolejni trenerzy dają mu możliwość zaistnienia, kibice marzą, żeby on w końcu wypalił, a na końcu okazuje się, że Marchwiński znów zawodzi i gra piach.
Nie inaczej jest za kadencji Johna van den Broma. Lech ponownie ma dużo meczów do rozegrania – tak jak było to na jesień 2020 roku, gdy „Kolejorz” również grał w fazie grupowej europejskich pucharów. Każdy więc swoje minuty dostaje. Także Filip Marchwiński, który w teorii jest trzecim ofensywnym pomocnikiem, bo jednak zdecydowanie bardziej cenimy Amarala i Sousę.











