Wiadomo, że piłkarskie klasyki toczą się według własnych zależności i praw. Są to mecze podwyższonego ryzyka, tak też było w Poznaniu. Lech Poznań piłkarsko przewyższał Legię, ale nie był w stanie udokumentować tego strzeleniem bramki. Bił głową w mur, a tym murem był Kacper Tobiasz, który pewnie wyłapywał wszystkie próby lechitów.
Lech podniósł się po nie najlepszym okresie wakacyjnym, gdzie przegrywał wszystko, jak leci i nawet stołek trenera zrobił się gorący. Byliśmy jednak ciekawi, czy forma z września była wypadkową słabszych przeciwników, czy faktycznie „Kolejorz” wszedł na odpowiednie tory i będzie rozjeżdżał kolejnych rywali. W sobotę Legii nie rozjechał, ale mocno przycisnął ją do muru. W końcu grał z liderem. Na pewno John van den Brom może czuć niedosyt, bo ewentualna wygrana mogła przybliżyć jego zespół do czołówki, ale na jego miejscu nie martwilibyśmy się. Jedyne zmartwienie to kłopoty zdrowotne Joao Amarala.
Lech Poznań wrócił w dobrej formie po przerwie reprezentacyjnej
Aż 12 zawodników „Kolejorza” po meczu z Wartą wyjechało na zgrupowania reprezentacji, dlatego ich forma mogła być małą niewiadomą. John van den Brom jednak już na konferencji powtarzał, że jest spokojny o drużynę. Lech Poznań pokazał, że dwutygodniowa przerwa nie wytrąciła ich z rytmu, a poszczególni zawodnicy, co by nie mówić, zachwycali.
https://twitter.com/MichalNiklas/status/1576266083656699905
Nika Kvekveskiri, Jesper Karlstrom i Michał Skóraś potwierdzili swoją dobrą formę i że powołania wysłane do nich nie były na wyrost. Gruzin to absolutnie postać numer jeden przy Bułgarskiej w meczu z Legią. Świetnie asekurował i był zawsze krok przed rywalami. Świeżo upieczony reprezentant Polski szarpał, ciągnął i powodował kolejne faule legionistów. Owszem, miał dwie świetne sytuacje, które zmarnował, ale jego występ był zdecydowanie lepszy niż drugiego skrzydłowego, czyli Kristoffera Velde.
Różnica w ofensywnych zawodnikach
Lech Poznań wyszedł praktycznie podstawową jedenastką. Przynajmniej w ofensywie, gdzie Mikaela Ishaka wspierali Joao Amaral, Michał Skóraś i Kristoffer Velde. Za to po drugiej stronie boiska próbowali zaistnieć Carlitos, Ernest Muci, Paweł Wszołek i Makana Baku. Nie ma co się oszukiwać, nie wypalił ten pomysł Kosty Runjaica. Dysproporcja pomiędzy ofensywnymi graczami obu ekip była ogromna. Baku z Mucim w ogóle byli anonimowi, schowani do kieszeni, a więc trudno było również coś zrobić Carlitosowi. Brakowało jednego człowieka, a więc Josue. Okazało się, że gra ofensywna zespołu z Łazienkowskiej bez niego nie istnieje.
Za to w zespole Lecha ofensywni gracze może tym razem bramki nie zdobyli, ale byli aktywni i mieli swoje sytuacje. Co najmniej jedną dogodną okazję miał Michał Skóraś, ale największą szansę na bramkę miał Amaral na początku meczu. Zresztą napsuli mnóstwo krwi defensywie Legii, która co rusz uciekała się do fauli prowadzących do kartek. Po jednej z takich sytuacji z boiska wyleciał Artur Jędrzejczyk. „Wojskowi” zakończyli mecz z sześcioma kartkami. Ten mecz pokazał, że Kosta Runjaic najwięcej do poprawy ma jeszcze w formacji ofensywnej.











