To koniec marzeń Rakowa o Lidze Mistrzów, ale nie koniec wspaniałej przygody w europejskich pucharach, która będzie trwała w Lidze Europy. Pokonanie faworyzowanej Kopenhagi wcale nie było tak dalekie od zrealizowania. Zabrakło jednej bramki. Można narzekać na pecha i gdybać, ale zostańmy przy faktach. Raków Częstochowa rozegrał bardzo dobry dwumecz przeciwko mistrzowi Danii. Być może jeszcze czegoś zabrakło, ale i tak zaprezentował się bardzo dobrze. Nie ma co żałować i mieć niedosyt. Oczywiście, Kopenhaga była do pokonania, ale przed „Medalikami” wciąż kawał historii do napisania.
Można niepowodzenie w Kopenhadze zganiać na brak klasowego napastnika, którego Raków wciąż poszukuje, czy słabsze mecze Kovacevicia, ale to nikomu nie pomoże. Można było zagrać lepiej, ale jeśli mistrz Polski tak gra przeciwko mistrzowi Danii, to należy bić tylko brawa. Następnym razem się uda, a teraz trzeba powalczyć w Lidze Europy. Niech ten mecz będzie dobrym prognostykiem, że można powalczyć z mocną europejską drużyną.
Raków Częstochowa – ostrożna gra
Wynik z pierwszego spotkania powodował, że to FC Kopenhaga była w lepszym położeniu. Mimo bardzo dobrej gry w Sosnowcu Raków musiał w stolicy Danii zdobyć bramkę, żeby marzyć o awansie. Wiadomo było, że Kopenhaga potrafi zamknąć mecze już na samym początku, dlatego zaczęły się małe szachy, w których Dawid Szwarga czuje się dobrze. Już niejednego trenera zaszachował w tej edycji Ligi Mistrzów. Raków podszedł spokojnie do pierwszej połowy. Tak, żeby nie stracić szans już na samym początku. Tu nie było miejsca na otworzenie się jak Legia w meczach Ligi Konferencji. Pójście na wymianę ciosów oznaczałaby pogodzenie się z odpadnięciem. Tu było potrzeba sposobu. Na koniec można powiedzieć, że trochę za dużo było kalkulacji w tej grze.
Raków Częstochowa dużo harował, pracował i biegał. Tak, żeby nie stracić bramki. Tytaniczną pracę po raz kolejny odwalał Fabian Piasecki, który walczył i biegał, nękając defensorów FC Kopenhaga. Trzeba przyznać, że podobnie jak w Limassol wykonywał znakomicie swoją pracę. Ważne jednak było to, że Raków nie dał się rozpędzić mistrzowi Danii. Jeśli już, to właśnie mistrz Polski miewał dobre momenty, w których mocno przyciskał gospodarzy na Parken. To było ważne, że „Medaliki” nie dały sobie wejść na głowę, tylko też pogroziły. Może i lekko, ale zawsze to było coś.











