Minionego wieczoru odbyło się aż pięć meczów 27. kolejki Primera Division. Do sporej niespodzianki doszło w Barcelonie oraz La Coruni, sensacją pachniało również przez pewien czas w meczu Realu ze Sportingiem.
Cztery bramki i dwie czerwone kartki na San Memes
Jedno z pierwszych spotkań odbyło się w stolicy Kraju Basków, Bilbao. Miejscowy Athletic, walczący o miejsce w europejskich pucharach, mierzył się z sąsiadem z tabeli, Getafe. Zawodnicy z przedmieść Madrytu w wypadku zwycięstwa mogli zbliżyć się do rywali na dwa punkty.
Wszystko, co najciekawsze w meczu Realu ze Sportingiem zdarzyło się między 53 a 67 minutą (fot. marca.com)
W pierwszych minutach spotkania niezwykle aktywny był mediapunta gospodarzy, Gaizka Toquero, który raz po raz nękał defensywę gości. Często wymieniał piłki z Llorente oraz skrzydłowymi, ale skutkowało to co najwyżej rzutami rożnymi. W 13. minucie wynik spotkania otworzył Orbaiz, oddając ładny strzał z dystansu po podaniu właśnie Llorente. W 25. minucie wynik spotkania mógł podwyższyć Toquero, ale nie sięgnął piłki zgrywanej wzdłuż linii bramkowej. Getafe nie miało żadnych okazji, zawodnicy Michela Gonzaleza dosyć rozpaczliwie bronili się przed bardziej lub mniej zdecydowanymi atakami Basków. W 32. minucie piłka znalazła się jednak pod nogami Manu del Morala, który za linii pola karnego ni to strzelał, ni dośrodkowywał. Efekt był taki, iż piłka po koźle wpadła do bramki Iraizoza. Athletic był wyraźnie rozkojarzony stratą bramki. W cztery minuty po golu rozpoczął się festiwal kartek, najpierw żółtą ujrzał strzelec gola del Moral, następnie Cortem za starcie z Orbaizem i sam Bask, tyle że już czerwoną, za kopnięcie rywala w… krocze. Do końca pierwszej połowy grę prowadzili goście, zaś na San Memes rozlegały się gwizdy i wyzwiska, rzucane w stronę sędziego.
W drugiej połowie Athletic już nieco uporządkował grę i mimo gry w dziesięciu miał swoje okazje. Nieźle zagrał wprowadzony zaraz po przerwie siedemnastolatek Muniain. Ciekawie wyglądała jego współpraca z Llorente, jednak Baskowie nie mogli sobie pozwolić w ofensywie na zbyt wiele, gdyż w każdej chwili mogli zostać skarceni przez gości po raz drugi (na przykład w 57. minucie, po strzale Miku wybitym na rzut rożny przez Iraizoza lub w 68. – strzelał Pedro Leon). W klasycznej grze cios za cios skuteczniejsi okazali się gospodarze, w 77. minucie Migiel Torres nieprzepisowo zatrzymał Llorente, wskutek czego obejrzał drugą żółtą kartkę i musiał opuścić plac gry. „Jedenastkę” na gola zamienił pewnym strzałem sam poszkodowany. W tej chwili wydawało się, że przy wyrównanych siłach (dziesięciu na dziesięciu), prowadząc na własnym, szalenie niegościnnym stadionie, Baskowie muszą zwyciężyć. W 86. minucie trzy punkty odebrał jednak Athletikowi Pedro Leon, który po świetnym dryblingu strzelił tuż przy krótkim słupku bramki Iraizoza. W samej końcówce spotkania piłkę meczową zmarnował Fernando Llorente. 2:2 na San Memes!
O godzinie 20 rozpoczął się mecz Realu Madryt z Sportingiem Gijon. Dla wielu kibiców „Królewskich” sezon już się skończył, gdyż miał on przynieść zwycięstwo w Lidze Mistrzów, z której Real odpadł w kompromitującym stylu. Piłkarze Pellegriniego nie zamierzają jednak rezygnować z szansy zdetronizowania Barcelony w La Liga.
Pierwszą okazję spotkania stworzyli murowani faworyci do zwycięstwa, czyli gospodarze. Po podaniu Marcelo w pole karne bliski zdobycia bramki był Gonzalo Higuain. Po okresie swoistego zastoju, jaki mogliśmy obserwować przez większą część pierwszej odsłony spotkania, również „Pipita” dał sygnał do ataku, stwarzając zagrożenie po długim podaniu z głębi pola. Chwilę później jedyną okazję do strzelenia bramki w pierwszych 45 minutach miał Sporting, w osobie Barrala, którego mocny strzał przeciął jednak Xabi Alonso. W końcówce swoje okazje mieli także Cristiano Ronaldo oraz ponownie Higuain po podaniu Van der Vaarta, jednak Juan Pablo nie dał się pokonać. Do przerwy niespodzianka, na Santiago Bernabeu bez bramek.
Chwilę po wznowieniu gry ponownie akcję pod bramką rywali przeprowadził wspomniany wcześniej duet holendersko-argentyński, jednak ponownie bezskutecznie. Jeśli wynik bezbramkowy był niespodzianką, to za istną sensację należy uznać ten, który widniał od 53. minuty. Wtedy świetną kontrę wyprowadzili goście, Yamacho dokładnie podał na prawe skrzydło do Barrala, który pomknął wprost na bramkę Casillasa i huknął na krótki słupek nie do obrony. Dla Realu ten gol był niczym zniewaga, już niecałe 120 sekund później „Królewscy” wyrównali. Jak zwykle w trudnych momentach, w odpowiednim miejscu znalazł się Van der Vaart, dopadł do piłki, którą przed siebie wybił Pablo po atomowym uderzeniu Ronaldo z rzutu wolnego. Real atakował dalej. Chwilę później po akcji Marcelo sędzia wskazał na rzut rożny, mocno uderzoną piłkę trącił Ronaldo, zaś z najbliższej odległości głowę dołożył Xabi Alonso, wyprowadzając „Los Blancos” na prowadzenie. Gorszy od kolegów ze środka pomocy nie chciał być również Higuain, który dostał podanie około 40 metrów od bramki, po czym podbiegł nieatakowany do linii „szesnastki” i dokładnym strzałem zmusił do kapitulacji bramkarza gości. To było 13 zabójczych minut Realu! Przed końcowym gwizdkiem swoje okazje mieli również wprowadzony za Van der Vaarta Raul oraz świetnie dysponowany Ronaldo. Wynik meczu jednak nie zmienił się, Real, choć z niewielkimi problemami, wygrał 3:1. Tym samym postawił Barcelonę przed koniecznością zwycięstwa w Saragossie.
Fatalna postawa Sevilli w Barcelonie
Po remisie Athletiku oraz porażce Deportivo (o tym za chwilę), szansę na umocnienie się na czwartej, a nawet wskoczenie na trzecią pozycje miała Sevilla. Andaluzyjczycy pojechali do Barcelony, by ograć tamtejszy, kiepsko spisujący się w tym sezonie Espanyol. O ile jednak podopieczni Pochettino lubią tracić punkty z zespołami miernymi, o tyle, grając na własnym stadionie z zespołami z czołówki, przeważnie wygrywają.
O podtrzymanie tego dobrego stanu gospodarze walczyli od samego początku, jedna z pierwszych groźniejszych akcji znalazła drogę do bramki Palopa: na prawym skrzydle z dwoma rywalami poradził sobie Fernando Marques i zdołał dośrodkować wprost na głowę Osvaldo, który z niewielkiej odległości nie miał kłopotu z umieszczeniem piłki w siatce. Do 30. minuty Espanyol mógł, a nawet powinien zdobyć kolejne dwie bramki, jednak tym bez zarzutu przy strzałach Callejona (dwukrotnie) oraz Osvaldo spisał się Palop (szkoda, że nie można było tego o nim napisać po meczu LM z CSKA Moskwa). Chwilę wcześniej kontuzji doznał Jesus Navas, który po interwencji klubowych lekarzy najpierw został zniesiony z murawy, a następnie zmieniony przez Argentyńczyka Perottiego. Jego wejście rozruszało nieco niezwykle bierną w tym meczu Sevillę. Jednak to ponownie Espanyol, w osobie Marquesa, miał lepsze okazje do zdobycia gola i Andaluzyjczycy powinni być wdzięczni losowi, że nie schodzili do szatni, przegrywając 4:0.
W przerwie Manolo Jimenez nie wpłynął znacząco na morale swoich piłkarzy, którzy po wyjściu na druga połowę prezentowali się równie niemrawo co w pierwszej odsłonie meczu. W 46. i 48. minucie wynik powinni podwyższyć odpowiednio Callejon i Osvaldo, jednak mimo niezwykłej łatwości w dochodzeniu do bramkowych sytuacji, wykorzystywanie ich było już dla graczy gospodarzy nie lada sztuką. Duża w tym zasługa Andersa Palopa, który chyba jako jedyny chciał uchronić swój zespół przed kompromitacją. W 60. minucie Espanyol wreszcie strzelił drugą bramkę, Marques wbiegł w pole karne i dokładnie, w tempo dograł do Osvaldo, który uderzył z pierwszej piłki i mimo ofiarnej interwencji Palopa, piłka wpadła do siatki. Druga bramka zupełnie nie zmieniła mentalności Sevilli, która ducha gry zostawiła chyba na Estadio Ramon Sanchez Pizjuan. W kolejnych minutach wynik powinni podwyższać Osvaldo po akcji Garcii oraz wprowadzony w końcówce Coro. Okazali oni jednak Andaluzyjczykom nieco litości… Sevilla zaprezentowała się w Barcelonie beznadziejnie i po raz kolejny udowodniła, że określenie jej mianem drużyny klasowej jest ryzykowne. Jeśli rywale tracą punkty, taki zespół powinien mobilizować się podwójnie na mecz ze słabszym rywalem, a nie oddawać go kompletnie bez walki.
W pozostałych sobotnich meczach Deportivo przegrało równie niespodziewanie i w tym samym stosunku, 0:2 z Valladolid, zaś w pojedynku outsiderów lepsze było Xerez, które pokonało Tenerife 2:1.
Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz
Minionego wieczoru odbyło się aż pięć meczów 27. kolejki Primera Division. Do sporej niespodzianki doszło w Barcelonie oraz La Coruni, sensacją pachniało również przez pewien czas w meczu Realu ze Sportingiem.
Cztery bramki i dwie czerwone kartki na San Memes
Jedno z pierwszych spotkań odbyło się w stolicy Kraju Basków, Bilbao. Miejscowy Athletic, walczący o miejsce w europejskich pucharach, mierzył się z sąsiadem z tabeli, Getafe. Zawodnicy z przedmieść Madrytu w wypadku zwycięstwa mogli zbliżyć się do rywali na dwa punkty.
Wszystko, co najciekawsze w meczu Realu ze Sportingiem zdarzyło się między 53 a 67 minutą (fot. marca.com)
W pierwszych minutach spotkania niezwykle aktywny był mediapunta gospodarzy, Gaizka Toquero, który raz po raz nękał defensywę gości. Często wymieniał piłki z Llorente oraz skrzydłowymi, ale skutkowało to co najwyżej rzutami rożnymi. W 13. minucie wynik spotkania otworzył Orbaiz, oddając ładny strzał z dystansu po podaniu właśnie Llorente. W 25. minucie wynik spotkania mógł podwyższyć Toquero, ale nie sięgnął piłki zgrywanej wzdłuż linii bramkowej. Getafe nie miało żadnych okazji, zawodnicy Michela Gonzaleza dosyć rozpaczliwie bronili się przed bardziej lub mniej zdecydowanymi atakami Basków. W 32. minucie piłka znalazła się jednak pod nogami Manu del Morala, który za linii pola karnego ni to strzelał, ni dośrodkowywał. Efekt był taki, iż piłka po koźle wpadła do bramki Iraizoza. Athletic był wyraźnie rozkojarzony stratą bramki. W cztery minuty po golu rozpoczął się festiwal kartek, najpierw żółtą ujrzał strzelec gola del Moral, następnie Cortem za starcie z Orbaizem i sam Bask, tyle że już czerwoną, za kopnięcie rywala w… krocze. Do końca pierwszej połowy grę prowadzili goście, zaś na San Memes rozlegały się gwizdy i wyzwiska, rzucane w stronę sędziego.
W drugiej połowie Athletic już nieco uporządkował grę i mimo gry w dziesięciu miał swoje okazje. Nieźle zagrał wprowadzony zaraz po przerwie siedemnastolatek Muniain. Ciekawie wyglądała jego współpraca z Llorente, jednak Baskowie nie mogli sobie pozwolić w ofensywie na zbyt wiele, gdyż w każdej chwili mogli zostać skarceni przez gości po raz drugi (na przykład w 57. minucie, po strzale Miku wybitym na rzut rożny przez Iraizoza lub w 68. – strzelał Pedro Leon). W klasycznej grze cios za cios skuteczniejsi okazali się gospodarze, w 77. minucie Migiel Torres nieprzepisowo zatrzymał Llorente, wskutek czego obejrzał drugą żółtą kartkę i musiał opuścić plac gry. „Jedenastkę” na gola zamienił pewnym strzałem sam poszkodowany. W tej chwili wydawało się, że przy wyrównanych siłach (dziesięciu na dziesięciu), prowadząc na własnym, szalenie niegościnnym stadionie, Baskowie muszą zwyciężyć. W 86. minucie trzy punkty odebrał jednak Athletikowi Pedro Leon, który po świetnym dryblingu strzelił tuż przy krótkim słupku bramki Iraizoza. W samej końcówce spotkania piłkę meczową zmarnował Fernando Llorente. 2:2 na San Memes!
Kolejny skalp Realu
O godzinie 20 rozpoczął się mecz Realu Madryt z Sportingiem Gijon. Dla wielu kibiców „Królewskich” sezon już się skończył, gdyż miał on przynieść zwycięstwo w Lidze Mistrzów, z której Real odpadł w kompromitującym stylu. Piłkarze Pellegriniego nie zamierzają jednak rezygnować z szansy zdetronizowania Barcelony w La Liga.
Pierwszą okazję spotkania stworzyli murowani faworyci do zwycięstwa, czyli gospodarze. Po podaniu Marcelo w pole karne bliski zdobycia bramki był Gonzalo Higuain. Po okresie swoistego zastoju, jaki mogliśmy obserwować przez większą część pierwszej odsłony spotkania, również „Pipita” dał sygnał do ataku, stwarzając zagrożenie po długim podaniu z głębi pola. Chwilę później jedyną okazję do strzelenia bramki w pierwszych 45 minutach miał Sporting, w osobie Barrala, którego mocny strzał przeciął jednak Xabi Alonso. W końcówce swoje okazje mieli także Cristiano Ronaldo oraz ponownie Higuain po podaniu Van der Vaarta, jednak Juan Pablo nie dał się pokonać. Do przerwy niespodzianka, na Santiago Bernabeu bez bramek.
Chwilę po wznowieniu gry ponownie akcję pod bramką rywali przeprowadził wspomniany wcześniej duet holendersko-argentyński, jednak ponownie bezskutecznie. Jeśli wynik bezbramkowy był niespodzianką, to za istną sensację należy uznać ten, który widniał od 53. minuty. Wtedy świetną kontrę wyprowadzili goście, Yamacho dokładnie podał na prawe skrzydło do Barrala, który pomknął wprost na bramkę Casillasa i huknął na krótki słupek nie do obrony. Dla Realu ten gol był niczym zniewaga, już niecałe 120 sekund później „Królewscy” wyrównali. Jak zwykle w trudnych momentach, w odpowiednim miejscu znalazł się Van der Vaart, dopadł do piłki, którą przed siebie wybił Pablo po atomowym uderzeniu Ronaldo z rzutu wolnego. Real atakował dalej. Chwilę później po akcji Marcelo sędzia wskazał na rzut rożny, mocno uderzoną piłkę trącił Ronaldo, zaś z najbliższej odległości głowę dołożył Xabi Alonso, wyprowadzając „Los Blancos” na prowadzenie. Gorszy od kolegów ze środka pomocy nie chciał być również Higuain, który dostał podanie około 40 metrów od bramki, po czym podbiegł nieatakowany do linii „szesnastki” i dokładnym strzałem zmusił do kapitulacji bramkarza gości. To było 13 zabójczych minut Realu! Przed końcowym gwizdkiem swoje okazje mieli również wprowadzony za Van der Vaarta Raul oraz świetnie dysponowany Ronaldo. Wynik meczu jednak nie zmienił się, Real, choć z niewielkimi problemami, wygrał 3:1. Tym samym postawił Barcelonę przed koniecznością zwycięstwa w Saragossie.
Fatalna postawa Sevilli w Barcelonie
Po remisie Athletiku oraz porażce Deportivo (o tym za chwilę), szansę na umocnienie się na czwartej, a nawet wskoczenie na trzecią pozycje miała Sevilla. Andaluzyjczycy pojechali do Barcelony, by ograć tamtejszy, kiepsko spisujący się w tym sezonie Espanyol. O ile jednak podopieczni Pochettino lubią tracić punkty z zespołami miernymi, o tyle, grając na własnym stadionie z zespołami z czołówki, przeważnie wygrywają.
O podtrzymanie tego dobrego stanu gospodarze walczyli od samego początku, jedna z pierwszych groźniejszych akcji znalazła drogę do bramki Palopa: na prawym skrzydle z dwoma rywalami poradził sobie Fernando Marques i zdołał dośrodkować wprost na głowę Osvaldo, który z niewielkiej odległości nie miał kłopotu z umieszczeniem piłki w siatce. Do 30. minuty Espanyol mógł, a nawet powinien zdobyć kolejne dwie bramki, jednak tym bez zarzutu przy strzałach Callejona (dwukrotnie) oraz Osvaldo spisał się Palop (szkoda, że nie można było tego o nim napisać po meczu LM z CSKA Moskwa). Chwilę wcześniej kontuzji doznał Jesus Navas, który po interwencji klubowych lekarzy najpierw został zniesiony z murawy, a następnie zmieniony przez Argentyńczyka Perottiego. Jego wejście rozruszało nieco niezwykle bierną w tym meczu Sevillę. Jednak to ponownie Espanyol, w osobie Marquesa, miał lepsze okazje do zdobycia gola i Andaluzyjczycy powinni być wdzięczni losowi, że nie schodzili do szatni, przegrywając 4:0.
W przerwie Manolo Jimenez nie wpłynął znacząco na morale swoich piłkarzy, którzy po wyjściu na druga połowę prezentowali się równie niemrawo co w pierwszej odsłonie meczu. W 46. i 48. minucie wynik powinni podwyższyć odpowiednio Callejon i Osvaldo, jednak mimo niezwykłej łatwości w dochodzeniu do bramkowych sytuacji, wykorzystywanie ich było już dla graczy gospodarzy nie lada sztuką. Duża w tym zasługa Andersa Palopa, który chyba jako jedyny chciał uchronić swój zespół przed kompromitacją. W 60. minucie Espanyol wreszcie strzelił drugą bramkę, Marques wbiegł w pole karne i dokładnie, w tempo dograł do Osvaldo, który uderzył z pierwszej piłki i mimo ofiarnej interwencji Palopa, piłka wpadła do siatki. Druga bramka zupełnie nie zmieniła mentalności Sevilli, która ducha gry zostawiła chyba na Estadio Ramon Sanchez Pizjuan. W kolejnych minutach wynik powinni podwyższać Osvaldo po akcji Garcii oraz wprowadzony w końcówce Coro. Okazali oni jednak Andaluzyjczykom nieco litości… Sevilla zaprezentowała się w Barcelonie beznadziejnie i po raz kolejny udowodniła, że określenie jej mianem drużyny klasowej jest ryzykowne. Jeśli rywale tracą punkty, taki zespół powinien mobilizować się podwójnie na mecz ze słabszym rywalem, a nie oddawać go kompletnie bez walki.
W pozostałych sobotnich meczach Deportivo przegrało równie niespodziewanie i w tym samym stosunku, 0:2 z Valladolid, zaś w pojedynku outsiderów lepsze było Xerez, które pokonało Tenerife 2:1.