Teraz już nie tylko PZPN ciągnie polską piłkę na samo dno. Grono katów się powiększa. Wielu z Was także do niego należy.
Codzienną lekturę piłkarskich wiadomości zacząłem dziś od polskich portali. Trochę nietypowo, bowiem od jakiegoś roku praktycznie tam nie zaglądam. Po trochu wpływają na to „onecizmy” (link), poziom komentarzy użytkowników, jak i sama wartość merytoryczna wiadomości – często tępo tłumaczonych z zagranicznych serwisów bądź cytowanych za serwisami pokroju Weszło.
Jak się okazało, bezowocnie liczyłem, że ktoś z „konkurencji” podłapie i wrzuci gdzieś choćby urywek z wywiadów (link), które przeprowadziłem w sobotę na Parken. Polska niestety żyje czymś innym.
Janusz Atlas
Zaczęło się względnie niewinnie. Gdzieś przeczytałem, że Mariusz Lewandowski powiedział o potrzebie motywacji przez Słoweńców. Wypowiedź, swoją drogą głupia i nie przystająca kapitanowi, jest jedną z bardzo wielu, które wypowiadało mnóstwo innych piłkarzy w podobnych okolicznościach. Czasami mówiono to nawet nie podczas eliminacji do wielkich imprez, ale już w czasie ich finałów, kiedy drużyna A przegrała dwa pierwsze mecze i trzeci rozgrywała „o pietruszkę”. Bodajże Włosi kilkakrotnie zasłynęli jako potencjalni „motywatorzy”, choć – za co przepraszam – faktycznych danych nie zamieszczę. Potwierdzenia nie szukałem, nie taki jest cel tego felietonu.
Zszokował mnie komentarz p.o. rzecznika prasowego PZPN-u, Janusza Atlasa. Pamiętam doskonale jego artykuły z „Piłki Nożnej”, bowiem między 1996 a 2004 przegapiłem może cztery, pięć wydań popularnego wówczas tygodnika. O jego skłonności do picia słyszałem już jako korespondent iGola podczas kilku kuluarowych rozmów w przerwach ligowych spotkań. Cytując daną wypowiedź (link):
– Nie wypowiadam się jako pracownik PZPN-u, bo całą sprawę znam tylko z mediów. Jednak jako dziennikarz i jako kibic mogę powiedzieć, że jeśli takie słowa padły, to gdyby ode mnie to zależało, Lewandowski już nie zagrałby w reprezentacji. Mógłby się spakować, jechać do domu i już nie wracać.
W trzech zdaniach popełniono największe grzechy pracy w tym zawodzie.
Po pierwsze, brak jakiegokolwiek profesjonalizmu. Jeżeli sprawy się nie zna, należy uniknąć wypowiedzi. Ewentualnie można udzielić wymijającej odpowiedzi w stylu: „PZPN nic o tym nie wie, aczkolwiek jeżeli jest to prawdą, głęboko ubolewamy nad niefortunnością słów naszego kapitana”. Proste i do mediów poszedłby pozytywny komentarz.
Po drugie, Atlas za pracę w PZPN-ie pobiera wynagrodzenie. Jego zadaniem jest prezentować opinię Związku, a nie dziennikarzy czy kibiców. W gestii selekcjonera, nie rzecznika, jest decyzja dotycząca piłkarzy. Selekcjoner bierze na siebie tę odpowiedzialność i za to ma płacone.









