Współczuję jej tego, że kolejny raz została skrzywdzona przez sędziego. Po kolejnym jej meczu pozostał niesmak, poczucie, że coś jest nie tak i przygnębiająca niepewność.
Barcelona była na Santiago Bernabeu lepsza w każdym aspekcie. Real nie grał źle, ale Barcelona była po prostu lepsza. Mijały minuty, a szanse na to, że gospodarze przedrą się przez zasieki zastawiane w pojedynkę przez Puyola (Mascherano i Pique kilka razy beztrosko tracili głowę), ciągle oscylowały w granicach zera. Obie ekipy, opętane myślą o zachowaniu czystego konta, o strzelaniu bramek myślały tylko od święta. Barcelona bała się odsłonić i zostawić miejsce do kontr, Real, owego miejsca nie mając, nie trudził się nawet walką o piłkę. Był na boisku i rozbijał ataki przyjezdnych. Bezbramkowy remis na wyjeździe byłby dla „Dumy Katalonii” świetnym wynikiem. Po meczu Pep by się cieszył.

Pan Wolfgang Stark, według graczy Bundesligi, najgorszy z niemieckich arbitrów, zachowywał się wczoraj jak dziecko we mgle. Podejmował decyzje, potem je anulował, zwlekał, niepotrzebnie cofał akcje, gwizdał wyimaginowane faule na Angelu Di Marii, nie karał ordynarnych symulacji… Zupełnie nie kontrolował przebiegu spotkania, pozwalając na awantury, przepychanki i pyskówki.
Nie jestem do końca pewny, co stało się w 61. minucie meczu. Pepe z pewnością zaatakował nakładką. Chyba trafił w piłkę, chyba nie trafił w nogę Daniego Alvesa. Za samą agresję i bezmyślność tego ataku należała się kartka w kolorze żółtym, ale nic więcej. Kataloński Brazylijczyk, człowiek, który słynie z dwóch rzeczy: chronicznej niezdolności do wykonania celnego dośrodkowania i niebywałej biegłości w byciu faulowanym, umierał. Po prostu umierał. Kazał się znieść na noszach, wezwać księdza, zadzwonić po rodzinę i dać mu spokojnie skonać za linią końcową. Gdy medycy przenosili zwijającego się ciągle z bólu, zerkającego co i rusz na nogę i sprawdzającego, czy na pewno nie została urwana, defensora, Jose Mourinho gratulował arbitrom decyzji. Z miną szatana i wyciągniętym kciukiem przymilał się do sędziego technicznego. On niestety na owe zaloty odpowiedział wyrzuceniem mistrza prowokacji na trybuny, gdzie ten, ciągle z miną szatana, zaciekle kreślił coś w kajeciku. Może była to nowa taktyka drużyny, może pierwsze słowa tyrady wygłoszonej później na pomeczowej konferencji, może niewybredne rysunkowe komentarze ukazujące Wolfganga Starka śpiącego w koszulce Messiego.
Dani Alves na boisko wrócił chwilę po minięciu linii bocznej. Sprintem. Cud.
Barcelonie było łatwiej, bo zabrakło najlepszego gracza Realu, spoiwa tej misternej Antybarcelony. Zabrakło kogoś, kto wyszarpałby piłkę spod nóg wirtuozów i pognał z nią do przodu. Lass, jeśli coś zabrał, to zaraz oddawał – od dzieciństwa boi się być przy piłce dłużej niż dwie sekundy. Barcelonie było łatwiej i Barcelona z tego udogodnienia skrzętnie skorzystała, bo co miała zrobić? Messi strzelił dwa gole i praktycznie zapewnił sobie i kolegom majową wycieczkę na Wembley.











