Nie tak wyobrażano sobie w Zenicie zakończony już sezon, po którym oczekiwano czegoś dużo lepszego. Służyć temu przecież miały zmiany, które klub przeprowadził dwanaście miesięcy temu. Gdy w ubiegłym roku pracę z zespołem kończył Andre Villas-Boas, zdawano sobie sprawę z wyczerpania pewnej formuły. Owszem, okres pod wodzą Portugalczyka miał swoje dobre momenty, lecz kierownictwo klubu stwierdziło potrzebę zmian. Te zaś miał wprowadzać Mircea Lucescu, znany przede wszystkim z wieloletniej pracy w Szachtarze Donieck. Jak się okazało, o okresie pracy Rumuna dziś kibice najchętniej chcieliby szybko zapomnieć.
Nadzieja z Donbasu
To miało być nowe otwarcie. Lucescu przy swoim poprzedniku wyglądał jak człowiek z nieco innej planety. Dużo starszy, a jednocześnie doświadczony w pracy zarówno na Zachodzie (prowadził w końcu chociażby Inter Mediolan), jak i realiach postsowieckiej rzeczywistości miał drużynie z Rosji zaoferować to, czego nie potrafił dać Villas-Boas. Bo w przeciwieństwie do Portugalczyka, Lucescu przychodził do Rosji już jako szkoleniowiec, który we wschodniej części Europy stworzył futbolowego giganta. Mowa tu oczywiście o hegemonie ligi ukraińskiej. Rumun w Doniecku nie tylko doskonale wytrenował piłkarzy, lecz przez 12 lat stał się obok Rinata Achmetowa drugim architektem świetności klubu. Wschodnim odpowiednikiem Arsene’a Wengera czy sir Alexa Fergusona. Zenit nie brał więc na ławkę kota w worku, lecz człowieka zasłużonego, a jednocześnie piekielnie ambitnego. Przedstawiciela wschodniej części Europy, które lepiej zrozumie mentalność rosyjskich piłkarzy.
Latem zeszłego roku zdawano sobie sprawę, że najbliższy sezon może wyglądać różnie. W końcu klub opuściło wielu klasowych zawodników: Hulk, Ezequeil Garay czy Axel Witsel. W ich miejsce nie sprowadzono natomiast piłkarzy o podobnej klasie. Jedyne poważniejsze transfery w postaci Roberta Maka, a także Giuliano okazały się później niewypałami. Mimo wszystko liczono, że Lucescu zdoła sporo możliwości wycisnąć z ówcześnie posiadanej kadry.
Dwanaście straconych miesięcy
Początek wyglądał dość obiecująco. Zespół pod wodzą Rumuna zdołał wygrać Superpuchar Rosji. Niestety, bardzo szybko pojawiły się pierwsze problemy. W lidze drużyna grała bardzo mizernie, słabe mecze przeplatając wymęczonymi zwycięstwami. Dodatkowo fenomenalną jesień zaliczył Spartak Moskwa, który przed przerwą zimową wypracował sobie nad rywalami bardzo solidną zaliczkę punktową.
Zenit tymczasem tkwił w marazmie, który pogłębił się w trakcie przerwy zimowej. Jeszcze nie rozpoczęła się w Rosji runda rewanżowa, a klub już wyleciał z Ligi Europy po dwumeczu z Anderlechtem. Dla drużyny z takimi ambicjami było to z pewnością duże rozczarowanie. Tę próbę jednak Lucescu jeszcze przetrwał. Jak się później okazało, było to preludium bardzo słabej wiosny.
Zenitowi tak naprawdę ani przez moment nie udało się wiosną poważnie nacisnąć na Spartak. Zamiast pościgiem, zespół musiał się zająć walką o udział w przyszłorocznej Lidze Mistrzów. Ostatecznie ta batalia została zakończona porażką na rzecz CSKA. Być może dałoby się ją jeszcze jakoś przeżyć, gdyby rywal z Moskwy prezentował wysoki poziom. Tymczasem drużyna Wiktora Gonczarenki również miała swoje problemy. Tylko co z tego, skoro Zenit w tym czasie zaliczał kolejne wtopy, gubiąc punkty na własnym boisku ze słabszymi rywalami.











