Kamil Warzocha & Wojciech Bąkowicz

Wisła Kraków we mgle. Cień oszustwa przykrywa promyk nadziei


Układanka się zazębia. Krakowski klub padł ofiarą oszustwa czy nieudolnych rządów?

4 stycznia 2019 Wisła Kraków we mgle. Cień oszustwa przykrywa promyk nadziei
Krzysztof Porębski / PressFocus

Chaos tworzy anarchię, fałsz doprowadza do dezinformacji, a ułuda prawdy wywołuje permanentny brak zaufania. Komu wierzyć? Kogo obarczać winą? Gdzie szukać dobrych intencji? Prawdopodobnie nie wie tego nikt poza ludźmi, którzy walnie przyczyniają się do powolnego upadku krakowskiego kolosa. Z premedytacją czy na skutek głupoty – nie wiadomo. Z pomocą ekspertów – Michała Treli i Przemka Langiera – próbujemy nakreślić tok ostatnich wydarzeń.


Udostępnij na Udostępnij na

Gilotyna w postaci niespłaconych długów urosła do ogromnych rozmiarów, a zakulisowe kwestie nadszarpnęły zaufanie kogokolwiek. Nadziei na lepsze jutro zaczyna brakować, bo nowy inwestor zniknął, piłkarze składają wezwania do zapłaty, a PZPN zawiesza licencję do gry w ekstraklasie. Jak to wszystko się zaczęło i jak zakończy?

Bandyci w tle i dziura w klubowej kasie

Od kilku miesięcy żadną tajemnicą nie jest, że w kuluarach Wisły Kraków swoje wpływy pielęgnuje półświatek bandytów. Inaczej – pseudokibiców, którzy nie powinni nawet dotykać krzesełka na stadionie, a co dopiero krzesełka w zarządzie klubu. Dzięki wynikom śledztwa redakcji „SuperWizjera” z TVN-u poznaliśmy tę brutalną prawdę, ale jej odkrycie niestety mogło pojawić się za późno. Przez dłuższy czas szereg szemranych postaci miał sposobność, by swobodnie ingerować w klubowe finanse. Bez żadnych konsekwencji.

Marcowe sprawozdanie, które musi wydać każdy klub przed otrzymaniem licencji do gry w następnym sezonie, w przypadku Wisły mogło wzbudzać już jakieś podejrzenia. Nader optymistyczne prognozy przychodów rzędu 20 milionów złotych czy duży wzrost liczby pracowników w 2017 roku były co najmniej zastanawiające. Pierwszą rzeczą, która mogła przychodzić na myśl, był fakt, że do klubu ktoś regularnie podłącza przestępców. Niewykluczone, że po odejściu Bogusława Cupiała owa tendencja zaczęła się nasilać.

Teoria odważna, być może. Ale nie sposób mówić inaczej, skoro w klubowej kasie regularnie powstawała coraz większa dziura. Specjalnie dla iGola o rosnących zadłużeniach (i nie tylko) wypowiadali się eksperci z samego centrum krakowskich wydarzeń:

– Wiadomo było, że Tele-Fonika zostawia klub z długami. Wiadomo było, że TS Wisła Kraków nie ma takich pieniędzy, żeby prowadzić klub, i że będzie potrzeba sprawnego zarządzania. Tak naprawdę nie ma jednego momentu, w którym się okazało, że Wisła jest zadłużona. Sytuacja się pogłębiała. W zeszłym sezonie był moment, gdy wydawało się, że sytuacja finansowa jest minimalnie lepsza, ale wydawało się tak dlatego, bo zakładaliśmy, że nikt nie będzie wydawał ponad stan – Michał Trela (dziennikarz PS).

– Przed sezonem było ogromne ryzyko, że Wisła do niego w ogóle nie przystąpi, ale dzięki negocjacjom z Ekstraklasą i miastem sytuację pozornie opanowano. Pozornie, bo bardziej adekwatnym zwrotem wydaje się tu „przedłużono agonię”. Wisła odcięta od części bieżących przychodów, które były przeznaczane na spłatę starych zobowiązań, nie była w stanie funkcjonować. Stąd brak wypłat dla piłkarzy, pracowników, rosnące zadłużenia względem innych podmiotów  – Przemysław Langier (dziennikarz Onetu).

Od bandytów do cyrkowców (oszustów?)

Kiedy grunt zaczyna palić się pod nogami, a strach zaglądać w oczy, rozwiązań szuka się na gwałt. Wisła potrzebowała poważnego biznesmena, który przejąłby klub z całym jego nieprzyjemnym balastem. Mówiło się o spłacie kilkudziesięciu milionów w perspektywie najbliższych miesięcy oraz o wyrównaniu płac względem piłkarzy. Na wejście należało zapłacić 12 milionów złotych, co zasobniejszym portfelom nie powinno było sprawiać większych trudności. Coś jednak odstraszało innych inwestorów.

– Umówmy się, dług licencyjny na poziomie 3 mln euro nie jest rzeczą, której nie da się przeskoczyć. Ale gdy potencjalny inwestor wchodzi do klubu i widzi, że musi się układać z ludźmi, których normalnie nie chciałby znać, może go to zniechęcić. Słyszałem, że pani Sarapata zrobiła wiele – świadomie lub nie – by potencjalnych inwestorów zniechęcać – mówi Przemysław Langier dla iGola.

A gdy Polak nie pomoże, wnet pomoc z zagranicy przyjdzie. Dokładniej – z Kambodży oraz Szwecji. „Pan tajemniczy” Vanna Ly, wraz z Matsem Hartlingiem i Adamem Pietrowskim, pojawił się w Krakowie jako potencjalny zbawca. Nadzieje wiślaków na uratowanie klubu rozpaliły się na nowo, ale dziennikarze zajmujący się tą sprawą tonowali nastroje. Nic bowiem nie wskazywało na to, że ci panowie mają wystarczające fundusze oraz wiarygodność, by nazywać ich poważnymi inwestorami.

– W takie historie, w których ktoś przychodzi nie wiadomo skąd i robi z klubu potęgę, nie wierzę. Myślę, że to jest problem środowiska kibiców Wisły. Przez to, że podobna historia wydarzyła się już w 1998 roku, gdy Bogusław Cupiał pojawił się i momentalnie z Wisły tę potęgę uczynił. To sprawia, że teraz każdy kolejny inwestor jest witany z nadziejami – powiedział Michał Trela.

Umowa została jednak zawarta i tym samym TS Wisła Kraków oddała odpowiedzialność za klub. A przynajmniej taki był plan, który spalił na panewce. Ludzie, którzy wyglądali na oszustów, okazali się oszustami i nie zorganizowali obiecanych pieniędzy do 28 grudnia. Później wieść o tym, że kambodżański inwestor wyjechał z Europy i zachorował, poszła w eter i wywołała głównie śmiech na ustach tych, którzy ostrzegali. Absurd gonił absurd, a wśród tego chaosu wyłoniło się jedno ważne pytanie: kto jest teraz właścicielem Wisły?

Duchy, słupy i TS

Rozdział z panem Vanną Ly można by uznać za zamknięty, gdyby nie fakt, że wciąż nie wiadomo, jak umowa podpisana w Zurychu została skonstruowana. Ze skrawków informacji wynika, że mogło dojść do oszustwa, a 12 milionów w ramach wstępnej opłaty to tak naprawdę pożyczka. Nie wiadomo było również, czy intencje nowych inwestorów były pozytywne. Teoria o przejęciu gruntów wartych ogromną furę pieniędzy brzmiała prawdopodobnie, a z czasem pojawiły się kolejne scenariusze. Z TS Wisłą na czele.

TS Wisła Kraków to organizacja, która straciła wszelkie pokłady zaufania. Ingerencja wiślackich „Sharksów” w pokoje biurowe, ograniczony kontakt z mediami, niechęć do współpracy i wyjawiania aspektów finansowych. Wszystkie te elementy sprawiają, że budynek przy ul. Reymonta, jego pracownicy oraz ich wszelkie powiązania są dzisiaj pod ogromną lupą. W Krakowie prowadzone jest regularne śledztwo, bo wszyscy chcą znać prawdę. Klub upada, a nie można przecież wykluczyć, że był regularną pralnią pieniędzy.

– Myślę, że TS-owi lub osobom zarządzającym spółką zależało na tym, żeby jak najszybciej pozbyć się Wisły, wciskając ją komukolwiek. Oddali ją takiej osobie, która była pod ręką. Raczej nie uważam, że to był zaplanowany ruch jak w szachach. [Teraz o problemach prawnych pani Marzeny Sarapaty] Myślę, że tempo odejścia ze spółki było obliczone na to, żeby nie mieć tych problemów –  twierdzi Michał Trela.

Puzzli do ułożenia całości oczywiście brakuje, ale na podstawie tego, co już wiadomo, można odnieść wrażenie, że o głupocie w zarządzaniu spółką nie ma mowy. Należy poważnie się zastanowić, czy dochody klubu nie były umyślnie wyprowadzane na konta bandytów. Oczywiście do momentu, gdy zadłużenia byłyby na tyle wysokie, żeby odpuścić, zorganizować podstawionych inwestorów („umyć ręce”) i się ewakuować. Przy czym mogłoby się okazać, że oszuści… dali się oszukać i ułatwili odkrycie drugiego dna.

Co teraz, co później?

Dzisiaj odbędzie się konferencja, która dla losów Wisły może być przełomowa. Pytaniem najważniejszym wciąż pozostaje to, kto jest w tej chwili jej właścicielem. TS wydało komunikat, w którym stwierdziło, że na skutek unieważnionej umowy z Vanną Ly i Matsem Hartlingiem wraca do panowania. Ten stan rzeczy niejako konfrontuje z niedoszłymi nabywcami, którzy z kolei uważają, że nic takiego nie może mieć miejsca. Panująca dezinformacja sprawiła, że PZPN wkroczył do gry. Inaczej: karty na stół.

Cierpią klub i jego wizerunek, cierpią kibice, cierpią piłkarze. Komisja ds. Licencji Klubowych PZPN-u zawiesiła licencję Wisły Kraków do gry w Lotto Ekstraklasie i jeżeli taki werdykt zostanie podtrzymany do rozpoczęcia rundy wiosennej (początek lutego), zespół nie wybiegnie na murawę. Inną sprawą jest natomiast fakt, że za chwilę niewielu pozostanie przy barwach „Białej Gwiazdy”. Część zawodników składa wezwania do zapłaty, a inni rozwiązują kontrakt z winy klubu (Arsenić). Tylko weterani wstrzymują głos.

– Jeśli nie zdarzy się cud, sprzedaż zawodników w ogóle nie wchodzi w grę. Z prostego powodu – za chwilę praktycznie każdy z nich złoży wezwanie do zapłaty należności. Wisła w dwa tygodnie tego nie zrobi, bo w jaki sposób, a PZPN wówczas rozwiąże ich kontrakty z winy klubu. To kolejne stracone miliony, bo przecież choćby taki Zoran Arsenić ma wieloletni kontrakt i jest piłkarzem o dużej wartości –  Przemysław Langier dla iGola.

Gdyby okazało się, że Wisła w najbliższych tygodniach wyjdzie na prostą pod względem finansowym, prawdopodobnie dograłaby sezon do końca. Co prawda nie wiemy, czego spodziewać się po inspekcji PZPN-u, jednak możemy zakładać, że proces usuwania chorych narządów nastąpi. Bez tego trudno sobie wyobrazić, żeby jakikolwiek poważny inwestor zawitał do Krakowa na dłużej. W tej chwili jednak poważnie zagrożona jest licencja, która służy za wyznacznik przyszłości. Pozytywne scenariusze się kończą.

Komentarze
Dana (gość) - 6 miesięcy temu

Mam nadzieje, że to nie koniec Wisły. Może zrobicie wywiad z kimś z sharksow?

Odpowiedz
Hartling (gość) - 6 miesięcy temu

Vanna, idę po ciebie

Odpowiedz
Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze