Ile razy w przeszłości słyszeliśmy o dramacie pojedynczego zawodnika, który przez kontuzje lub zawieszenie nie był w stanie zagrać w ważnym dla swojego zespołu momencie? W jakim stopniu owi piłkarze osłabiali swoje drużyny? Czy częściej robili to z własnej głupoty (np. przez otrzymanie niepotrzebnej żółtej kartki), czy też częściej byli po prostu pechowcami, bądź ofiarami ataków brutalnych obrońców drużyny przeciwnej? Na pewno trudno jednoznacznie odpowiedzieć na niektóre z tych pytań, lecz spróbujemy zaprezentować poniżej parę takich piłkarskich przypadków i dojść do konkretnych wniosków.
Przed dzisiejszym starciem wagi ciężkiej pomiędzy Brazylią a Niemcami, mało kto wnikał w taktyki obu zespołów, w możliwe ustawienia i inne tego typu rozważania, przez które przechodzimy przed każdym mniej lub bardziej ważnym spotkaniem. Tym razem cały świat patrzył na dwie postaci – na Neymara, który wskutek starcia z Zunigą w ćwierćfinale, już nie zagra na mundialu oraz na Thiago Silvę, który nie zagra w półfinale na własne życzenie, po otrzymaniu niezwykle głupiej żółtej kartki w starciu z Kolumbią. Można więc powiedzieć, że „Canarinhos” wygraną z zespołem Pekermana okupili wykluczeniami najważniejszych piłkarzy defensywy i ofensywy.
Tego typu historie ominęły Niemców, którzy na razie obeszli się bez ważniejszych wykluczeń. Bo ciężko kontuzję Mustafiego porównać z kontuzją Neymara. To z pewnością cieszy naszych zachodnich sąsiadów, tym bardziej, że patrząc w przeszłość to właśnie oni często cierpieli na mistrzostwach świata z niemożności skorzystania z czołowych piłkarzy. Cztery lata temu „Die Manschaft” w Durbanie toczyli bardzo zaciętą walkę z Hiszpanią o finał MŚ. Walkę, którą w końcu przegrali po główce Carlesa Puyola w 73. minucie meczu. W tym spotkaniu Niemcy nie prezentowali się tak efektownie i efektywnie w ofensywie jak w dwóch wcześniejszych z Anglią (4:1) i Argentyną (4:0). Oczywiście, to po trochu przez to, iż Hiszpanie zagrali dobrze w defensywie, ale mimo wszystko bardzo dużym osłabieniem było zawieszenie Thomasa Muellera. Najlepszy strzelec „Die Nationalelf” był jednym z objawień na boiskach RPA i można ryzykować stwierdzenie, że z nim w składzie drużyna Joachima Loewa poradziłaby sobie o niebo lepiej.
Jednak jeszcze większym osłabieniem było gdy w finale MŚ w 2002 roku nie mógł zagrać Michael Ballack. Obok Olivera Kahna był wtedy najlepszym niemieckim piłkarzem turnieju. Bez niego Niemcy w finale stracili na jakości piłkarskiej w środkowej strefie boiska. Brakowało piłkarza Bayeru który wcześniej strzelał, asystował, kreował grę, bronił i pokrzykiwał na tych co trzeba. Był liderem. Wskutek jego nieobecności Brazylijczycy mieli więcej swobody w rozgrywaniu piłki co doprowadziło do przegranej ,,Die Manschaft” 0:2. Dla Ballacka był to ciężki okres w karierze, ponieważ w tym samym okresie przegrał z Bayerem dwa wyścigi o mistrzostwo Bundesligi. Był więc wiecznie drugi.
Teraz pytanie do Was – czy lepiej być wiecznie drugim, jak swego czasu był Ballack, czy też lepiej mieć okazję gry w finałach LM i MŚ w tym samym roku i nie zagrać w żadnym z nich? Drugi przypadek to Włoch, Alessandro Costacurta. Piłkarzowi Milanu najpierw koło nosa przeszła okazja wystąpienia w pamiętnym finale Ligi Mistrzów z Barceloną (4:0), a następnie ominął finał mistrzostw świata z Brazylią w USA. Oba mecze ominął z powodu kartek uzbieranych w półfinałach. W meczu Milanu z Barceloną w 1994 roku, w składzie „Rossonerich” zabrakło także Franco Baresiego, a więc łącznie dwóch filarów obrony. Jednak mimo to udało się pokonać „Blaugranę”, prowadzoną przez Cruyffa, czterema bramkami.










